Sections

Wspomnienie z Madagaskaru - ks. Wojciech Kozłowski CM (Wiadomości Misyjne)

Ks. Wojciech Kozłowski CM[*]

WSPOMNIENIE Z MADAGASKARU [*]



W tym roku minęło 16 lat, jak postawiłem swoje stopy na Czerwonej Wyspie - Madagaskarze. Trudno jest opisać pierwsze wrażenie, bo tych „pierwszych” wrażeń było mnóstwo… Wszystko było tam przecież dla mnie nowe, zaskakujące, tajemnicze. Wszystko pouczające. Na własne oczy zobaczyłem na czym polega codzienna praca naszych misjonarzy. Początkowy zachwyt nowym krajem, innym klimatem, niespotykaną roślinnością i niespotykanymi, często niebezpiecznymi zwierzętami, szybko ustąpił miejsca zachwytowi i podziwowi dla pracy moich Konfratrów, którzy - muszę szczerze przyznać - mieli niekiedy ze mnie wielki ubaw. Chociażby wtedy, gdy obserwowali mnie, jak zachowam się podczas konsumpcji zupy z… żółwia, albo jak poradzę sobie ze stadem wiszących na mnie, jak na choince, lemurów w rezerwacie w Berenty.

Rytuałem podczas udawania się na spoczynek było chorobliwe sprawdzanie przeze mnie „stanu” pościeli - czy przypadkiem nie zawieruszył się gdzieś jakiś nieproszony skorpion lub pająk. Któregoś wieczoru, po dokładnych oględzinach, położyłem się do łóżka mając nadzieję spokojnie zasnąć po ciężkim dniu. I wtedy zobaczyłem na suficie mnóstwo niewielkich jaszczurek - tego było już za wiele. Wyskoczyłem z łóżka budząc mojego brata: „W moim pokoju na suficie są jaszczurki!”. „No to dobrze!” - usłyszałem. „One są pożyteczne, bo zjadają komary, które roznoszą malarię”. No tak, ale skąd ja to miałem wiedzieć…? Kulminacyjnym punktem lęku z powodu nieproszonych gości, były moje nagłe odwiedziny miejsca, którego z naturalnych powodów nie omijali także królowie. Na suficie dosyć obskurnego „przybytku” zobaczyłem rozciągniętą pajęczynę, a na niej 3 pająki wielkości pięści. „No i co tu teraz począć!” - pomyślałem. „Jak są wielkie, to się nie bój” - usłyszałem dobrą radę. „Najgroźniejsze są te małe”. A potem podnieśliśmy na podwórku wielki kamień, pod którym znajdowało się gniazdo Czarnej Wdowy - jednego z najbardziej jadowitych pająków świata. Małego jak paznokieć, z czerwoną kropką na grzbiecie. Jego jad potrafi natychmiast zabić dorosłego człowieka.

Moja wizyta na Madagaskarze trwała zaledwie 5 tygodni. Oczywiście opisane wyżej przygody nie są najistotniejsze, choć ciekawe. Każdy dzień był wtedy jak wielka księga, w której zapisane są najcenniejsze doświadczenia. Doświadczenia spotkań z miejscowymi ludźmi i z naszymi misjonarzami. O tych spotkaniach będę pisał w kolejnych Informatorach Misyjnych. Myślę bowiem, że choć upłynęło od tej wizyty sporo czasu, warto obudzić wspomnienia i nimi się podzielić. Stanąć bliżej tych, którzy na co dzień „głoszą Ewangelię ubogim” i czegoś się nauczyć. Czego? To już zależy od nas. Ale ręczę - kiedy się stoi blisko nich, misjonarzy, naprawdę widać wielkie serce!

Jednym z najbardziej pouczających doświadczeń mojej obecności na Madagaskarze była wizyta w szpitalu - ośrodku dla chorych prowadzonym przez Siostry Miłosierdzia. To nie był zwykły szpital. Oprowadzająca mnie po nim siostra pokazała mi najpierw mnóstwo pięknych i misternie zrobionych przedmiotów: ręcznie haftowane obrusy i serwety, utkane kilimy i dywaniki, rzeźbione figurki. Artyści, którzy je wykonali musieli mieć wielki talent i wykazać się ogromną pracowitością i cierpliwością. To były swoistego rodzaju dzieła sztuki. „Poznać twórców tych dzieł to byłby wielki zaszczyt” - pomyślałem. Nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich człowiek, któremu na mój widok twarz zabłysła pogodnym uśmiechem. Widocznie rzadko bywali tu goście… Podszedł do mnie i chcąc się serdecznie przywitać wyciągnął w moim kierunku… obandażowany kikut ręki. To był szpital dla trędowatych. A te wszystkie dzieła sztuki były wykonane przez trędowatych artystów. Coś, czego zrobienie wymagało niesamowitej zręczności palców okazało się dziełem ludzi bez dłoni.

Wiele z tych prac wykonywali ustami, które w przerwie na odpoczynek potrafiły jeszcze darzyć ogromnym, szczerym uśmiechem. Mimo, że cierpieli, bardzo cierpieli. Mówiły o tym choćby ślady krwi na bandażach owiniętych wokół rąk czy nóg. Cierpieli także z powodu opuszczenia przez najbliższych. Niestety trąd jest chorobą, która i dzisiaj rodzi nawet między bliskim bariery nie do pokonania.

Wyruszając w dalszą wędrówkę próbowaliśmy trochę żartować, aby walczyć z przygnębieniem, którego trudno było się od razu pozbyć. Kupiliśmy obrus z pięknie wyhaftowanymi Kwiatami Madagaskaru: „Jak goście będą kiedyś natrętni i łakomi, to powiemy im, że ten obrus leżący na stole, przy którym siedzą, haftowali trędowaci…”.

Ale tak naprawdę byliśmy pełni podziwu i zachwytu dla spotkanych w tym szpitalu ludzi: dla chorych, którzy choć nie mieli pięknego ciała, promieniowali piękną duszą i dla tych, którzy z miłością opatrywali ich rany, otrzymując nieskończenie więcej niż dawali. A dawali tak dużo! Dla Księży Misjonarzy i Sióstr Misjonarek, duchowych dzieci św. Wincentego a Paulo.

W tym szpitalu, w naszym pojęciu gdzieś na końcu świata, rodził się codziennie nowy świat, jakiego czasem brak wokół nas i przez nas.

To, że na misjach trzeba korzystać z różnych środków transportu wiedzą zapewne wszyscy. Długie godziny spędzone za kierownicą samochodu terenowego z napędem na cztery koła (żaden inny nie pokonałby takich dróg, a raczej bezdroży), podróże do odległych wiosek motorem, przemierzanie rzek wywrotnymi pirogami zrobionymi z jednego pnia drzewa - to codzienny misjonarski chleb. Chociaż na Madagaskarze trzeba by raczej powiedzieć: „misjonarski maniok”. Chleba bowiem nie ma, smak chleba żyje tam w człowieku z Europy jedynie we wspomnieniach i jest królem wśród marzeń. Maniok to coś przypominającego smakiem słodkie ziemniaki, a wyglądem korzenie chrzanu.

Podstawowym środkiem transportu są jednak nogi i to zdrowe nogi. Ktoś powiedział: „Co to jest droga, to człowiek musi przekonać się na własnych nogach”. I miał rację. Przekonałem się o tym w drodze z Mananteniny do Ampasimeny. Razem z ks. Markiem i ks. Krzysztofem wybraliśmy się tam na poświęcenie nowej kaplicy. Oj, bolały nogi, ale tylko one mogły nas doprowadzić na miejsce przez większą część naszej wyprawy. Czasami dawaliśmy im odpocząć. Współtowarzysze mojej wędrówki siadali wtedy przy napotkanej kałuży zaspokajając pragnienie. Kiedy chciałem uczynić to samo, zdecydowanie mi odradzali: „Dostaniesz amebę i będziesz miał kłopoty, my już i tak ją mamy w żołądkach”.

Był i taki moment, że nogi zrobiły się jak z waty. Przed nami pojawiła się kilkumetrowa przepaść, a nad nią tylko dwie drewniane belki. Innej drogi nie było. „Zostajesz, czy idziesz dalej?” - usłyszałem pytanie stojących już po drugiej stronie przeszkody misjonarzy. Nie było wyjścia, musiałem przemóc strach patrząc z irytacją na ich zadowolone i dumne twarze - przecież to lepsze niż patrzeć w dół, gdzie za chwilę mogłem się znaleźć…

Po długiej wędrówce czekał nas nocleg przed uroczystością poświęcenia. Nocowaliśmy w małej chatce zrobionej z palmowych liści. Podczas, gdy misjonarze prześcigali się w koncercie na dwa głosy śpiąc smacznie i spokojnie, ja nawet nie zmrużyłem oka. Bo jak mogłem zasnąć, kiedy nad uchem ciągle coś brzęczało, a między palmowymi ścianami nie przestawało biegać, drapać, chromolić, trzeszczeć, zgrzytać i co tam jeszcze… Wstawałem więc co chwilę z zardzewiałego polowego łóżka i wychodziłem na zewnątrz. Na niebie świecił w pełni księżyc i było tak jasno, że można było czytać książkę, ale tej oczywiście nie miałem. Odmierzając godziny, a od połowy nocy dosłownie minuty, nie mogłem się doczekać, kiedy obudzą się moi przyjaciele. Kiedy o wschodzie słońca podnieśli się z podłogi (zardzewiałe łóżko było tylko moim luksusem), od razu opowiedziałem im o mojej nieprzespanej nocy. Najpierw zaczęli się śmiać, a potem jak gdyby nigdy nic powiedzieli: „Przecież to tylko szczury”.

Wczesnym rankiem przemierzyliśmy ostatni odcinek naszej drogi. Od rana do Ampasimeny schodzili się Malgasze z najdalszych zakątków. Nasza droga w porównaniu z ich to pestka. Przyszło wiele dzieci, oczywiście boso, a nie tak jak ja, w butach. Przyszli na poświęcenie nowej kaplicy. Ale nie tylko z tej okazji. Każdy z przybyszów otrzymał poczęstunek - miskę ryżu i mały kawałek mięsa. Ta druga część posiłku dla większości była jedynym mięsnym daniem w ciągu całego roku. Czy można się zatem dziwić, że ich podstawowy środek lokomocji, tzn. nogi, przeszły taką drogę? I wtedy przekonałem się, że powiedzenie o drodze trzeba w rzeczywistości misyjnej sparafrazować: „Co to jest droga, to człowiek potrafi doświadczyć, kiedy jest głodny”.

I zrozumiałem też, że warto było przejść ten „mój” kawałek drogi, abym szerzej otworzył oczy. Jestem wdzięczny tym wszystkim, którzy wtedy pielgrzymowali na nogach razem ze mną i z różnych stron Czerwonej Wyspy.

W tym roku, podczas swojego urlopu, przebywał w ojczyźnie Ks. Marcin Wiśniewski CM z Madagaskaru. Miałem okazję spotkać go dwukrotnie. Pierwszy raz na Spotkaniu Rodzin Misjonarzy w Częstochowie, drugi - w Domu Księży Misjonarzy przy ul. Długiej w Krakowie. Ks. Marcin jest autorem zdjęcia zrobionego podczas świąt Bożego Narodzenia na Czerwonej Wyspie.

To zdjęcie przywołało we mnie wspomnienie czegoś, czego tak naprawdę nigdy nie doświadczyłem, bo doświadczyć nie mogłem, a co zawsze żyło we mnie w postaci nie zadanego kiedyś pytania: „Jak wygląda wigilia i Boże Narodzenie na Madagaskarze?.

Odwiedziłem Madagaskar w sierpniu 1990 roku. Nie mogłem zatem przeżywać tam tych najpiękniejszych świąt. Mogłem je sobie jedynie wyobrażać…

A wyobraźnia musiała zdobyć się na malowanie scenerii zupełnie odmiennej niż ta, do której przyzwyczailiśmy się w Polsce. Były to święta oczywiście bez śniegu - co więcej, w grudniu i styczniu na Madagaskarze panują największe upały. Nie było też choinki, no bo skąd - nie rosną tam jodły i świerki. Raczej palmy można by udekorować ozdobami choinkowymi, ale to takie dziwaczne, nieprawdaż?

Na pewno jest Pasterka i śpiewy kolęd. Ciekawe jak one brzmią w języku malgaskim…

Nie wiem też, czy dzieci dostają prezenty. Pewnie nie, bo kogo tam na to stać. Nie objadają się słodkimi smakołykami. Zresztą smakołyk - rzecz względna. Tam to raczej coś, co pozwala zaspokoić głód; u nas coś, co pieści podniebienie.

Ludzie nie spędzają świąt przed telewizorami (w żadnej chatce, w misyjnej wiosce, nie ma przecież telewizji, a nawet prądu).

Nie wiem, czy moja wyobraźnia dobrze mnie prowadzi po świecie bożonarodzeniowych tajemnic misyjnej rzeczywistości. I pewnie się nie dowiem, bo wtedy nie miałem odwagi zapytać o tę prostą, wydawałoby się, rzecz: „Opowiedzcie, proszę, o Waszych świętach”. Bałem się, że tym pytaniem dotknę najczulszych strun serca, przywołam u któregoś z misjonarzy wspomnienie świąt zgoła odmiennych niż te, jakie zachowali z Polski i z dziecięcych lat.

Może któryś powiedziałby mi, że święta na Madagaskarze są równie piękne, choć bardzo ubogie; że najważniejsze jest przecież to, co w sercu; że „najważniejsze - jak mawiał Mały Książę - jest niewidoczne dla oczu”, że Malgasze potrafią cieszyć się tymi świętami jak nikt na świecie. Myślę jednak, że gdzieś głęboko w sercu pozostawiłby także cząstkę tylko swoją - tęsknotę za bliskimi, za ojczyzną, opłatkiem i rodzinnym wigilijnym stołem. Dlatego nie chciałem pytać.

I dlatego też proszę, byśmy w ten zbliżający się wigilijny wieczór byli z nimi w duchowej łączności, łamiąc opłatek modlitwy i pamięci, gdziekolwiek spędzają święta na Ziemi…



[*] Ks. Wojciech Kozłowski CM otrzymał święcenia kapłańskie w Krakowie w 1988 r. rekolekcjonista, należy do grupy misyjnej. do 2009 r Dyrektor Sekretariatu Misyjnego.

[**] Tekst artykułu został zaczerpnięty z Biuletynów "Wiadomości Misyjne" nr 2/2006, nr 1/2007, nr 2/2007 i nr 3/2007 wydawanego przez Sekretariat Misyjny Zgromadzenia Księży Misjonarzy.

[**] na temat innych misji zagranicznych, na których pracują polscy Misjonarze św Wincentego a Paulo można przeczytać na stronie internetowej SEKRETARIATU MISYJNEGO