Sections

WincentyWiki:Rozważania/XII Niedziela Zwykła, Rok A

XII Niedziela Zwykła, Rok A

Dzisiejsze czytania: Jr 20,10-13; Rz 5,12-15; Mt 10,26-33


Peters denial.jpg

«Do każdego, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie» (Mt 10,32-33)


Wielu z nas powiedziałoby, ze to przecież nić trudnego przyznać się do Jezusa. Wystarczy zawiesić krzyżyk czy medalik na szyi. Wystarczy powiedzieć, 'jestem katolikiem'. Wystarczy odwołać się do tak zwanych "wartości chrześcijańskich". Wystarczy na jakims wiecu czy zgromadzeniu ulicznym głośno wykrzykiwać poglądy uznawane za katolickie. Oczywiście wysłanie dzieci do Pierwszej Komunii św. czy, co znacznie bardziej oczywiste, zawarcie związku małżeńskiego przed ołtarzem to także manifestacja naszego przyznania się do Jezusa. W naszym roumieniu. Ale warto zapytać się, czy takiego świadectwa wiary i takiej lojalnośći oczekuje od nas Jezus. Czy wystarczy powiedzieć "kocham Jezusa" albo "Jezus Panem mym" aby czuć się uczniem Jezusa?

W domu mojego dzieciństwa mieszkała rodzina Świadków Jehowy. Każdy wie, że ich Jezus to nie ten sam Jezus, którego my uznajemy Panem Naszym. Ale nikomu z sasiadów orientacja religijna tej rodziny nie przeszkadzała, i odwrotnie. Przeciwnie, wiedząc, nawet pobieżnie, czego Świadkowie Jehowy wymagają od swoich wyznawców, wszyscy mieszakńcy kamienicy dobrze wiedzieli, że mogą zawsze liczyć na pomoc ze strony nestorki tejże rodziny. Wiedzieli, ze nigdy nie zostaną oszukani czy opuszczeni. W superlatywach mówiło się o ich uczynności, dobroci, prawości. A przecież dla tych osób przyznać się do Jezusa, ich Jezusa, nie było takie łatwe. Społeczność katolicka, i nie tylko, traktuje Świadków Jehowy jako coś nieprawdziwego, coś niepoważnego, zagrożenie dla prawdziwej wiary. Z jednej strony mamy do czynienia ze spektakularnymi wycieczkami od mieszkania do mieszkania kiepsko przygotowanych do dyskusji Świadków, co często spotyka się z kpinami i nerwami "nawiedzanych". A z drugiej strony mamy rodzinę taką jak moi sąsiedzi. Oni nie potrzebowali pukać do drzwi, ze Słowem Bożym. Wystarczyło, że widzieli Jezusa w swoich sąsiadach. Wystarczyło, że wykonywali to czego oczekiwał o nich Jezus. Wystarczyło, że uważali za swój obowiązek przyjść z pomocą potrzebującemu. A ta pomoc wcale nie musiałą być wielka. NIekiedy to było zapukać i spytać czy idąć do sklepu mogą coś kupić matce opiekujaćej się niemowlęciem. Innym razem wyprowadzić dziecko w wózeczku na spacer do parku, aby jego matka mogłą odpocząć. Jeszcze innym razem zajęcie miejsce w kolejce po coś. A przecież w tamtych czasach kolejki stały po wszystko.

Ktoś powie, ze wcale nie trzeba być Świadkiem Jehowy, zeby być uczynnym i otwartym na potrzeby innych. Prawda. Ale czy każdy z nas jest gotów na dobroczynność, pomoc, wsparcie, bezintersowność tylko dlatego, że Jezus tak uczył. I nie chodzi o deklarację ale o czyn. To również nie świadczy, że brak uczynności wobec bliźnich to zapracie się Jezusa. Prawda. Ale przecież ucznim Jezusa jest się nie tylko uczestnicząc w procesji religijnej, albo stojąc pod chórem na niedzielnej Sumie.

Niemal 20 lat temu dane mi było przebywać przez dłuższy czas w Hajfie, w zachodniej Galilei. Bardzo specyficzne miejsce i kraj. Z jednej srony to kolebka chrześcijaństwa, z drugiej chrześcijanie są jakby nie u siebie. Szanowani, ale jednoczesnie obcy. Komfortową była sytuacja, ze Hajfa to jedna z nielicznych miejscowości Izraela, w której jest parafia rzymsko-katolicka. Kościół katolicki jest łatwo i dobrze rozpoznawanym obiektem w dzielnicy portowej. Jest też pierwszy i najstarszy klasztor Karmelitów Bosych na Górze Karmel. Regularnie odprawiane są nabożenstwa dla arabskich katolików. Jest też nieliczna grupa katolików hebrajskich, do której przyłączyli się przebywający w tym regionie polacy. Wówcczas wspolnota hebrajską opiekował się O. Daniel Ruffaisen OCD, ocalony z Holokaustu żyd, który przeszedł na katolicyzm i został zakonnikiem.

W pierwszym swoim wystapieniu, kilka dni po przyjeździe, powiedziałem, i to zostało we mnie aż do dzisiaj: "Polska jest tylko cztery godziny samolotem stąd. Tylko cztery godziny i aż cztery godziny. To wystarczająco blisko aby nadal czuć się polakiem i chrześcijaninem. To już na tyle daleko od domu i tradycji, że można się zapomnieć. Zapomnieć o swojej moralnośći, o tradycji religijnej, o polskości." Wtedy nie wiedziałem, że te słowa można z łatwością przypisać wszystkim, którzy wyjeżdżają "za chlebem", niekoniecznie na Bliski Wschód. Przez kolejne tygodnie i miesiące na włąsne oczy zobaczyłem, że wielokrotnie można przyznawać sie do jezusa, do krzyża, do polskiego godła i jednocześnie o nich zapominać, wyrzekać się i wypierać. W zależności od tego co w rpagmatyczny spośób w danym momencie jest dla nas ważne i wygodne.

Jednego dnia, znajomy żyd z Krakowa, od lat mieszkający w Izraelu, w rozmowie ze mną powiedział: "dzisiaj jest nasz Szabat (żydowski), jutro jest was Szabat (niedziela). Rozumiem, że nie obchodzicie naszego Szabatu i jeżeli jest okazja to idziecie w tym dniu do pracy. Ale dlaczego wasz Szabat jest dla wielu z was tak mało ważny? Dlaczego uważacie,że nie ma problemu aby w wasz Szabat iść do pracy a zapomnieć o kościele?" I przyznam, że nie bardzo wiedziałem co mam temu 60cio paroletniemu człowiekowi odpowiedzieć. Bo on i miał rację i nie miał racji. Dopiero po kilku dniach zacząłęm sięzastanawiać czy jego zarzuty były zasadne. Czy to tylko obiektywne okoliczności, czy wygoda. A może to fakt, że Polska była 4 godziny samolotem stąd.

Z jednej strony każdy z emigratów był dumny, że jest polakiem, z dumą wchodził do kościoła w niedzielę, uczestniczył w Eucharystii. Ale wystarczyło, ze coś "wypadło", "trafiła się okazja" i już ten kościół nie był aż taki ważny i potrzebny. Jezus przegrywał z pracą, wycieczką, dodatkowymi sprawami. Większość izraelskich (żydowskich) pracodawców szanowała katolickość polaków. Większość nie przeszkadzałą w manifestowaniu religii. Ksiądz w sutannie idący w dzielnicy ortodoksyjnych żydów nie był powodem do szykan. Ale czy wszyscy tego chcieli?

Niby przyznawali się do Jezusa. Niby przyznawali się, ze są wierzący. są katolikami. A jednocześnie przykazania wielokrotnie wisiały gdzieś na wieszaku w kącie pokoju. Na niedzielnej Eucharystii gromadziło się wprawdzie trzy razy więcej polaków niż hebrajczyków ale i tak było ich pięć razy mniej (symbolicznie mówiąć) niż polaków obecnych w zachodniej Galilei. Bo to było cztery godziny samolotem od domu...

Człowiek jest słaby. Grzech, jak przypomina w dzisiejszym czytaniu św. Pawweł, sprawił, że człowiek jest słąby i ułomny. To przez grzech zapominamy co to znaczy przyznać się do Jezusa. To ta nasz ułomnośc powoduje, że w sytuacji zagrożenia, utraty korzyści, a może i wygodny nie wachamy się zachować jak Piotr w obliczu uwięzienia i męki zapytany czy jest uczniem uwięzionego Jezusa syna Józefa. Piotr, pierwszy spośród apostołów, zawachał się. Miał chwilę słabości. Ale ten sam PIotr oddał życie za swojego Pana i Mistrza. Z jednej strony wyparł się Jezusa, z drugiej oddał życie jako jego apostoł i uczeń.

Jednak to nie tłumaczy, ze wolno nam w dowolnym czasie wypierać się Jezusa i w dowolnym czasie, bezkarnie, przyznawać się z powrotem don bycia Jego uczniem. Nie wolno tez zapominać, że "przyznać się do Jezusa" to nie znaczy wyłącznie nosić medalik na szyji, pójśc na Rezurekcję i Patesterkę i zawrzeć małżeństwo przed ołtarzem.

Nie wolno zapomnieć, ze przyznać się do Jezusa to także bronić swojej wiary i Jezusa wtedy kiedy na niego plują wrogowie, kiedy forsowane są zachowania sprzeczne z nauką Ewangelii. Przyznać się do Jezusa to nie wystarczy powiedzieć "nie jestem jaroszem; ja tylko nienawidzę mięsa". Nie można jednocześnie głosić, ze jest się uczniem Jezusa, a jednocześnie podpisywać się pod przyzwoleniem na śmierć nienarodzonych. Nie można przyznawać się do Jezusa i jednocześnie zgadzać się na wysyk w pracy, niegodziwą płacę czy warunki zatrudnienia. NIe można być uczniem Jezusa, kroczyć z jego krzyżem ulicami udekorowanych obrazami religijnymi ulic i jednocześnie uważać, że katolicy, rodacy na emigracji mogą sobie jakoś poradzić jeżeli polski ksiądz do nich nie pojedzie bo to trudna misja jest. Jak można oczekiwać, że Jezus przyzna się do nas przed Bogiem, swym Ojcem, kiedy my nie przyznamy się, że pijany nastolatek w parku to człowiek potrzebujący NASZEJ pomocy, a nie tylko opieki społecznej; że kolejka bezdomnych przed darmową kuchnią to nie tylko grupa niudaczników, którzy żerują na miłosierdziu, że oni potrzebują ciepłęj zupy i zainteresowania otoczenia, może lekarza, może dachu nad głową.

Tak można długo się rozwodzić. Skutek może być taki sam. "Nie każdy kto mówi do mnie Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebieskiego". Jezus wypowiedział te słowa nie jako groźbę, jak niektórzy to odczytują. Wypowiedział je jako przestrogę. Nie wystarczy "modlić się przed figurą", jak w powiedzeniu ludowym, ale trzeba też "nie mieć diabła za skórą ".

Jeżeli przyznaję się do Jezusa, to znaczy nie tylko, że obnoszę się ze znakami mojej religii. Przyznaję się do Jezusa to znaczy, że nie siadam za kierownicę po pijanemu, nie traktuję swoich pracowników jak małowartościową siłę roboczą, nie zostawiam potrzebującego, chorego czy słabego bez pomocy. Przyznać się do Jezusa, to znaczy żyć jak Jezus nas uczy by żyć. By umieć powiedzieć Panem moim jest Jezus, dlatego kocham bliźnich swoich tak jak Jezus ukochał mnie.

--Toma' 07:34, 23 cze 2008 (EDT)