Sections

WincentyWiki:Kazania Pasyjne - VII. Triduum Paschalne

VII. TRIDUUM PASCHALNE - "W tej śmierci jest życie"

Kończymy już z rozważaniem męki Pana naszego Jezusa Chrystusa. Nadchodzi bowiem czas, by w niej wziąć udział poprzez Liturgię Wielkiego Tygodnia, przez którą będziemy nie tylko rozważycielami męki Chrystusa, ale i jej współuczestnikami. A to dlatego, że święta Liturgia jest wiecznym ponawianiem tajemnicy Chrystusa cierpiącego i umierającego, zmartwychwstałego i uwielbionego. Ponawianiem nie takim jakoby miało ono w sobie coś z powielania, wspominania, odtwarzania, ale jest to uczestniczenie w tej jednej, jedynej i niepowtarzalnej tajemnicy Chrystusa, ofiarującego za nas swoje życie Ojcu niebieskiemu przez Ducha Świętego. Właściwie to nic nowego, bo Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielka Sobota tworzą tajemnicę każdej Mszy świętej. A jeśli Liturgia Wielkiego Tygodnia rozwija te wydarzenia na trzy dni, to dlatego, że uczestnicząc tak często we Mszy świętej zdążyły nam te przenajświętsze wydarzenia Chrystusowego życia narosnąć takim pyłem pobożności, że właściwej treści spoza niej nie widać. Normalna ludzka rzecz: to, co się często powtarza, szybko nam powszednieje i przestaje zadziwiać. Nie uchronimy od tego procesu nawet największych misteriów naszej wiary. Dlatego Liturgia Wielkiego Tygodnia ma w sobie coś z potrzepania, potrząśnięcia człowiekiem wierzącym, który się za wygodnie rozsiadł w kościele i dobrze mu tam, jak u Pana Boga za piecem. Więc po cóż go ruszać i mówić o jakichś tam tajemnicach, skoro on we wszystko wierzy, na wszystko się zgadza i nie potrzebuje jeszcze przez Liturgię przysparzać sobie problemów.

Nieprzypadkowo też Wielkanoc, największe święto chrześcijaństwa, zbiega się z czasem wiosny, okresem budzenia się na nowo do życia tego wszystkiego, co przez zimę jakoby zamarło, utaiło się. Na podobieństwo listków, co stary wypuszcza klon, a jeszcze parę tygodni temu zdawało się, że to już trup, bo próchno z niego leci; na podobieństwo powracających bocianów; na podobieństwo tej całej pędzącej do życia przyrody - ma się w nas ludziach wiary odrodzić to, co jest istotą naszej łączności z Bogiem: życie. To ono ma buchnąć w nas wiosną, nowym, odrodzonym wigorem wystrzelić w górę. Liturgia Wielkiego Tygodnia ma w nas odrodzić nowy zapał i nowe siły w tych od dawna dla nas znanych sprawach: znanych modlitwach, znanych przyklękaniach.

Prześledźmy więc te trzy wielkie dni w poszukiwaniu odrodzenia, ożywienia naszych religijnych postaw wobec dokonującego się misterium zbawienia Jezusa Chrystusa.

WIELKI CZWARTEK

Liturgia Wielkiego Czwartku odnawia dla nas tę godzinę Chrystusa, w której przez znak Eucharystii ożywia On swoją mękę tak, abyśmy mogli mieć w niej swój udział. Jest to przede wszystkim uroczysta Msza Wieczerzy Pańskiej. Msza, która jest najbardziej zbliżona do swych źródeł: do jej ustanowienia w Wieczerniku i dokonania na Kalwarii. I chociaż wcale nie jest inną Mszą, niż te, w którym uczestniczymy przez cały rok, to jednak wyraźnie w Liturgii jej celebrowania wyczuwa się tę specyfikę atmosfery pożegnania z uczniami, zostawienia im trwałej pamiątki; czuć w niej niejako pośpiech, bo oto już zdrajcy i oprawcy szykują się, aby dokonać tego, co zostało postanowione. Na wieczerzy Chrystusa z uczniami wyraźnie ciąży cień krzyża i słychać już szczękającą zbroję za oknami. Stąd też, o ile w Liturgii Bożego Ciała akcentuje się we Mszy świętej raczej element Uczty, element pożywania, o tyle Msza święta w Wielki Czwartek wydaje się być uwypukloną jako Ofiara. Ofiara Ciała, które za chwilę zostanie wydane. Ofiara Krwi, która jutro będzie przelana. Uczestnicząc w tej Ofierze Chrystusa, biorąc udział w Jego Uczcie, nie możemy opędzić się myśli, że jutro będzie Wielki Piątek. A więc zamilknijcie dzwony i dzwonki na Gloria, przestańcie się cieszyć, bo chociaż jeszcze jestem z wami, chociaż umywam wam nogi, wyznaję miłość, dzielę się sobą - to już jestem jakoby mnie nie było. Nadeszła godzina moja, godzina, dla której przyszedłem na świat, a oto teraz oddaję wam siebie i idę do Ojca.

Moi drodzy - Msza to Ofiara Chrystusa: Chrystus na niej ofiaruje siebie Ojcu niebieskiemu. Tak jest. Ale to niecała prawda. Bo On chce, abyśmy i my w tej Jego Ofierze wzięli udział, ofiarując Bogu Ojcu w darze, nie tyle pobożne pacierze, nie śpiewy, nawet nie nasze najlepsze uczynki, a tym bardziej nie 2 zł na tacę... Chrystus chce nas, naszego życia. Chce, abyśmy wraz z Jego życiem współofiarowali Ojcu niebieskiemu swoje własne życie. To nasze powszednie życie, z jego radościami i kłopotami, ze wszystkimi jego problemami. Wraz z ofiarującym się Ojcu Chrystusem mamy oddać Bogu ten dzień, czy tydzień, w każdym bądź razie kawałek naszego życia, żeby On mógł je przemienić w zbawienie nasze, jak przemienia chleb w swoje Ciało, a wino w swoją Najświętszą Krew.

Moi drodzy - to nie są bagatelne sprawy. Jeśli kiedykolwiek mamy trudności ze Mszą świętą, jeśli się na niej nudzimy i nie wiemy co z sobą zrobić, to dlatego, że przyszliśmy do kościoła, aby się na niej tylko pomodlić, i to w miarę możliwości bez rozproszeń, czy też przyszliśmy, jak to soborowo już umiemy wyrazić, aby uczestniczyć w niej. Ale nigdy, poprzez te pobożnościowe akty nie spróbowaliśmy dotknąć sedna: aby ta moja Msza z Chrystusem była współofiarowaniem. Moje życie, mój dzień ma się znaleźć przed obliczem Boga. Moja choroba, moja starość czy młodość, moje utrapienie z sąsiadami, moje zatargi ze sprzedawczynią na placu, kłopoty z nerwowością i ze złością... Wszystko to ma stanowić żertwę ofiarną spaloną w ogniu miłości Bożej. To czym jestem i jaki jestem: przemieszany jak wino z wodą w swojej dobroci i grzechu, który mnie prześladuje. Taki staję przed Bogiem. Nie próbujmy wykiwać Pana Boga pobożnym westchnieniem, bo nic z tego nie wyjdzie: On nas za dobrze zna. Dawajmy więc na Mszy Bogu siebie, jak Chrystus daje całego siebie Bogu i nam. Wymiana ciał...

Oto tajemnica Wielkiego Czwartku i tajemnica każdej Mszy świętej, na którą rzuca się cień Krzyża. Bo to wcale nie jest łatwo dawać siebie Bogu do dyspozycji, bo to często, przyznajmy, bierze nas pokusa, aby z tej ofiary uskubnąć coś dla siebie, coś dla siebie zarezerwować, o czymś specjalnie nie pamiętać. Rezygnowanie z siebie na rzecz Boga i bliźniego nie jest idyllą pacierza. To rzecz która dotyka Krzyża...

Ale to już sprawa Wielkiego Piątku.

WIELKI PIĄTEK

Wielkopiątkowe nabożeństwo jest ewenementem w całej naszej Liturgii: w tym dniu nie odprawia się Mszy świętej. Jest wprawdzie Komunia święta, ale z Hostii zakonsekrowanych w przeddzień. To zamilknięcie Kościoła ma swoją wymowę, wymowę smutku: Syn Człowieczy został wydany (...) i postąpili z Nim tak, jak chcieli. Przed ołtarz ogołocony z obrusów, kwiatów i świateł, przychodzi kapłan i w milczeniu pada przed nim na twarz, wyrazem najgłębszej skruchy i pokory, w świadomości swej człowieczej winy. Potem następują czytania ze swoim punktem centralnym, opisem męki Pańskiej według św. Jana Apostoła. Następna część nabożeństwa to dziesięciopunktowy zestaw modlitw w różnych potrzebach Kościoła. Po nich następuje kulminacyjny punkt wielkopiątkowego nabożeństwa: adoracja Krzyża, na którym umarł Jezus Chrystus i Komunia święta z hostii konsekrowanych w Wielki Czwartek.

W centrum uwagi całej Liturgii jest dzisiaj jednak Krzyż. Krzyż, który był głupstwem dla Greków i zgorszeniem dla Żydów, bo w ich oczach krzyż był przede wszystkim narzędziem hańby i poniżenia. Dla nas zaś ... stał się narzędziem przyzwyczajenia. Kreślony na sobie tyle razy, mówiony i szeptany, na ścianach wieszany, na górach stawiany, noszony na szyi, na habitach i ornatach, ale także na kurtkach oldbojów i czarnych szmatach mających być koszulkami, dyndający w uchu i w nosie - ten Krzyż Pana naszego Jezusa Chrystusa przestał robić wrażenie. Dlatego Liturgia dzisiejsza chce nas odkurzyć z tego przyzwyczajenia do jego widoku. Chce, byśmy popatrzyli dzisiaj na Krzyż z uwagą. Nie tylko jako na znak rozpoznawczy i dekoracyjny naszego chrześcijaństwa, ale jako na olbrzymi symbol miłości Boga ku nam, miłości, która Go wiele kosztowała. I na znak, który pojawia się w naszym życiu z chwilą, kiedy na tę miłość zechcemy uczciwie odpowiedzieć, bo wtedy będą to nie tylko dwie skrzyżowane ze sobą belki, ale znak krzyżowania się naszych chęci i pragnień, krzyżowania dążeń i nadziei, skrzyżowanych możliwości, skrzyżowanych ze sobą radości i smutków. Czy to chcemy tak nazywać, czy nie, krzyżowani jesteśmy przez życie codzienne. Rzeczą naszego świadomego chrześcijaństwa jest zrobić z tej konieczności losowej, zbawienie. A w tym pomocny nam jest jedynie Jezus ze swoją postawą posłuszeństwa i miłości wobec Ojca i wobec nas, i pomocny nam jest Jezus w swoich Sakramentach świętych. To w nich, zapraszając nas do łączności z Sobą, chce wziąć nasze krzyżujące nas dole i niedole, i ocalić je od zmarnowania, chce nadać im sens. To po to ostatecznie wziął swój Krzyż, abyśmy w Jego męce i śmierci znaleźli ocalenie.

Moi drodzy - powyższe myśli muszą nam towarzyszyć w Wielki Piątek, kiedy w powszechnej żałobie Kościoła będziemy śpiewali Oto drzewo Krzyża, na którym zawisło zbawienie świata - pójdźmy z pokłonem, i kiedy będziemy adorowali ten Krzyż, przecież w dziękczynieniu za to, że w nim jest nasza nadzieja. Bo przecież gdyby nie On, zagubilibyśmy się w naszych krzyżowaniach, nie byłoby sensu cierpieć, znosić i nie mieć nadziei. Dlatego, chociaż w Liturgii wyrażamy żal i współczucie z powodu naszych win, które aż takiego potrzebowały zadośćuczynienia, to jednak już jutro będziemy śpiewali: O, felix culpa! - o, szczęśliwa wino, która takiego wysłużyłaś nam Odkupiciela! Te pozorne dysonanse będą na miejscu dopiero wtedy, kiedy na Krzyż Zbawiciela będziemy umieli popatrzeć tak, jak pierwsi chrześcijanie, którzy potrafili z tego narzędzia tortury, z którym przychodziło im przecież spotykać się prawie na codzień, zrobić symbol miłości Boga ku nam. A potrafili to uczynić dlatego, że dobrze pamiętali także o tym, że przez Krzyż wiodła droga ku Zmartwychwstaniu. I dlatego nam również trzeba popatrzeć na swój krzyż włączony w Krzyż Chrystusowy w świetle zmartwychwstania, Jego i naszego zmartwychwstania. Bo dopiero wtedy wszelkie krzyże nabierają właściwych proporcji.

WIELKA SOBOTA

To jest dzień, w którym Chrystus spoczywa w grobie. Ale to jest jakieś dziwne spoczywanie. Nie ma w nim nic z tego wiecznego spoczywania, o którym śpiewamy przy naszych pogrzebach, nawet nie ma w nim nic z dostojeństwa śmierci i smętnej zadumy nad mogiłą. Ludzie chodzą, szurają butami, przepychają się - czasami komuś jako z koszyka się potoczy - chodzą, nie klękają, jakby muzeum zwiedzali, przeszkadzają nawet w Liturgii wielkosobotniej. Denerwujemy się czasami, my księża, na ten potok życia i ciekawości; posądzamy ten pędzący tłum o brak szacunku i pobożności. Ale oni przecież wiedzą, że muszą zobaczyć ten Grób, bo jutro już go nie będzie, bo krótkie jest to spoczywanie Chrystusa, jak sen przedranny, bo w tym spoczywaniu wre życie...

Liturgia i nasze zwyczaje świąteczne są bardziej tolerancyjne od nas, bo idą dzisiaj nie po linii smętku śmierci, ale życia. Stąd w Liturgii mamy dzisiaj do czynienia z dwoma potężnymi symbolami życia: światłem i wodą.

ŚWIATŁO - to coś, co rozprasza ciemności, co pozwala bezpiecznie chodzić, bez narażania się na potknięcia, na guz, co pozwala czytać, pracować, w ciemności widzieć.

Ogień, który się dzisiaj poświęca, to prototyp światła, z przeważającą dziś treścią czystości i świętości. Ogień i światło są również symbolami obecności. Takimi symbolami, które każą człowiekowi wracającemu późnym wieczorem z pracy ucieszyć się, skoro podniósłszy oczy w górę, zobaczy w swoich oknach na 8 piętrze światło. Oho, żona już zdążyła wrócić z pracy, dzieci ze szkoły. Wszyscy są, są obecni, czekają... Zapalony od poświęconego ognia paschał symbolizuje Chrystusa Zmartwychwstałego, obecnego wśród nas. A kiedy odpalamy od tego symbolu swoją własną, przyniesioną z domu świeczkę, to gestem tym mówimy, iż chcemy jak Prometeusz, ukraść trochę tego światła dla siebie, aby i nam on, Chrystus-Światłość prawdziwa, oświetlił nieco ciemności naszego życia, abyśmy się w nim nie potykali za dużo na schodach codzienności. I On nam tej jasności, tego życia, szczodrze udziela. Nie skąpi nikomu, nie braknie jej dla nikogo (nie trzeba się pchać) tak, jak płomieniowi nie ubędzie żaru obojętnie czy odpali się od niego jedna czy tysiąc świec.

WODA - poświęcamy ją dziś nie tylko po to, aby ja mieć w domu na wszelki wypadek czy na kolędę, nie tylko po to, że potrzebna będzie do chrztu. Takiego poświęcenia na doraźny użytek można dokonać zawsze i o każdej porze.

Jeśli dziś w Liturgii mamy do czynienia z wodą, to dlatego, że zawsze i wszędzie, we wszystkich kulturach stąd i nazad, woda jest symbolem życia. Nie ma życia bez wody. Żaden kwiat, żadna roślina, człowiek ani bydlę, bez wody nie przetrwa, nie wyżyje. Woda daje życie. I dlatego, że niesie z sobą tę niezaprzeczalną wartość, jej strumień jest nieodzowny przy chrzcie, skoro ten sakrament ma nam uzmysłowić, że oto w chwili chrztu, lejącej się na głowę wody, Bóg daje temu oto dziecięciu, swoje Boskie życie. A dlatego, że woda jest również symbolem oczyszczenia - tak tak, myjemy nią przecież siebie, garnki i podłogi, pierzemy brudną bieliznę - mamy sobie w czasie chrztu przypomnieć, że przez ten sakrament Bóg oczyszcza człowieka z wszelkiego brudu grzechowego. Jeśli więc cała wielkosobotnia Liturgia zmierza do ukazania nam, że dzięki zmartwychwstaniu Chrystusa Bóg obdarza człowieka nowym, Bożym życiem, posługując się w tym celu najnaturalniejszą w świecie wodą, konieczne jest, aby w ramach tej Liturgii chociaż jeden katechumen przyjął chrzest, a jeżeli już nie, to przynajmniej abyśmy wszyscy odnowili nasze przymierze chrzcielne przez wyrzeczenie się złego ducha i wyznanie wiary oraz zostali pokropieni wodą święconą, wspominając, że ileś tam już lat temu lano tę wodę na naszą głowę abyśmy życie mieli i obficie mieli.

Tak więc wokół tych dwu wielkich symboli życia: światła, które rozprasza ciemności, i wody, która daje życie, obraca się początkowa Liturgia Wielkiej Soboty - Wigilii Paschalnej, by następnie przejść do radosnego ALLELUJA i stwierdzić, że Chrystus, który właśnie zmartwychwstał, jest dla nas jedynym Światłem i Życiem, a spotykamy Go normalnie podczas każdej Mszy świętej, w czasie której tych dobrodziejstw chce nam nieustannie udzielać. Nastał więc czas, aby tę Ofiarę Chrystusa teraz uobecnić w uroczystej celebracji Mszy Wigilii Paschalnej.

Moi drodzy - tajemnice tych trzech Wielkich dni zakryte są pod symbolami, gestami i znakami. Trzeba nam przez nie wytrwale się przebijać, skoro Bóg sam uznał, że ten sposób komunikowania się z nami - materialistami jest najlepszy, aby nas nie przerażać i nie zniewalać w spotkaniu z tajemnicą Boskiego życia, w której daje nam udział. Miejmy przeto w te błogosławione dni oczy i uszy otwarte ku widzeniu i słyszeniu tego, co się wokół nas dzieje, a serce chłonne ku uchwyceniu najistotniejszej wymowy tych znaków: miłości Boga ku nam ludziom. Radując się ze zmartwychwstania Pana nie zapominajmy, że mamy wobec Tej miłości zaciągnięty olbrzymi dług, dług odwzajemnienia za życie, które nam dał. I pamiętajmy, że nie mogą to być li tylko grzecznościowe formy, wymijające ukłony, bo tutaj wchodzi w grę czyjaś Krew czyjeś Życie i Śmierć. Dlatego też musimy ustawicznie się kontrolować, czy czasami nasze hołdy, jakie codziennie staramy się czynić w podzięce w stronę Chrystusa, nie zmechanizowały się, nie nabrały zbyt pobożnościowych, nic nie znaczących gestów. Wielkanoc ma pomóc naszemu otrząśnięciu, przebudzeniu do życia, czynnego życia, w którym będziemy ustawicznie poszukiwali co jeszcze, co by tu jeszcze... Oby Zmartwychwstały Chrystus natchnął nas w tych poszukiwaniach produktywnymi myślami.


"Kazania Pasyjne" - wstęp