Sections

WincentyWiki:Kazania Pasyjne - VI. Godzina Trzecia

VI. Kalwaryjska GODZINA TRZECIA

Kiedy na krzyżu umarł Chrystus nad światem zapadła ciemność. Nagle i niespodziewanie pośród jasnego dnia zrobiła się nieprzejrzysta noc, bardziej ciemna niż księżycowe zaćmienie. Jakby piorun strzelił, jakby burza nastała, jakby ziemia zaczęła się trząść... Ludzie zaczęli drżeć... Bo najbardziej przerażające było to, że tu nie mogło być mowy o jakimś „jakby”: rzeczywisty deszcz lał im się strumieniami na głowy, błyskawice naprawdę darły niebo, i przy tym wszystkim te oślepiające od ciemności i jasności czerwone kółka latające przed oczyma, i ten brak równowagi... ludzie się wywracają... strach. Nagły paniczny strach i chęć ratowania się ucieczką stąd, spod krzyża, gdzie się znaleźli nie wiadomo po co, nie wiadomo skąd... Teraz dopiero zaczynają ustalać. Dopóki świeciło słońce, dopóki skała była skałą, na której butnym stąpnięciem opierał się ich krok - dopóty wszystko było jasne: On był złoczyńcą, oni byli widzami, tamci żołdakami, ci oskarżycielami... Ale kiedy On umarł i nastała ciemność, to okazało się, że tak naprawdę to nie wiadomo kto jest kto: wszyscy obijają się o siebie, w panicznej ucieczce szukając wyjścia. Teraz dopiero w tej ciemności niektórzy przejrzeli - jak setnik, który zawołał „Zaiste, ten był Synem Bożym!” - teraz niektórzy ustalili, że nie potrzebnie tu przyszli, a w buńczucznych sercach zrodziła się myśl, że może jednak, że może On..
Nastała godzina trzecia na świecie -
Godzina, w której umarł Bóg -
I godzina otwierania oczu na to co się stało, dlatego, że się dzieje.

Moi drodzy - nie wiem ilu z Was miało zaszczyt doświadczyć takiej godziny trzeciej w górach, kiedy nie bacząc na ostrzeżenia miejscowych górali, że „chociaż piknie, to panocku będzie loć”, wywindowali się zbyt wysoko, żeby wrócić, chociażby na Kozie Wierchy, i przyszła burza, taka z piorunami. Opisać nie potrafię, trzeba ja tam przeżyć, bo to jest całkiem co innego niż najokropniejsza nawet krakowska burza z oberwaniem chmury - kiedy siedzisz sobie w pokoju i dobrze wiesz, że na dachu masz piorunochron, a obok wieżowiec z takimże pomysłem cywilizacji tylko o 20 pięter wyżej, i dlatego nawet lenisz się zapalić gromnicę, by w tej sytuacji wspomnąć o Bogu, który jest. A w górach to co innego. W górach to przerasta ludzkie wyobrażenia i umiejętność opowiedzenia. Tam trzeba wtedy być, bo dopiero po przeżyciu takiej burzy w górach ma się między innymi wyobrażenie, dlaczego Marcin Luter będąc sam na sam wobec takich żywiołów, złożył wtedy ślub wstąpienia do klasztoru, jeżeli ujdzie z życiem... Bożesz Ty mój, to wtedy człowiek gotowy jest na wszystko, byleby to przestało, byleby się skończyło, obojętnie jak, byleby tylko przeżyć... I przypomni się wszystko w nagłym locie pioruna, który trzasnął nie we mnie, ale o 1 metr dalej - przypomni się i mama, i kołyska, i całe życie nie tak wiedzione, przypomną się wszystkie grzechy naraz...

Moi drodzy - ja stale opowiadam o tej godzinie trzeciej, tam pod krzyżem, kiedy nastała burza, ciemność i kiedy trzeba było wiać... A potrzebne jest nam to po to, aby w nagłym błysku błyskawicy Łaski (oby nam jej Bóg udzielić raczył) zobaczyć, że godzina trzecia ciągle istnieje i ciągle wybija w nas. Godzina, w której umarł Chrystus, w której nastały ciemności, i w której nie wiadomo, co i jak, i co dalej ... Czy takiej godziny nie zdarza się nam doświadczać i dziś, chociaż kalwaryjskiego wzgórza u nas nie ma, i nie ma kruszących się skał? Z tymi skałami to powoli, powoli, bo a propos: o czym mogli myśleć ludzie wyrwani nagle ze snu przez walącą się im na głowę stabilność M-3, za którym tyle się nachodzili? Patrz trzęsienia ziemi w Kalifornii, na Cejlonie... Ale nam naprawdę w czasie tych Gorzkich Żali trzeba zrozumieć, że wali się nam nieraz w podobnej katastrofie rodzina, człowiek, małżeństwo, dom - a my nic. Żyjemy, Boże dzięki Ci.

Wybiła nam kiedyś godzina trzecia wtedy, kiedy w hitlerowskiej ideologii umarł Bóg, chociaż nosili Jego Imię na pasku: Gott mit uns! Umarł im tak, jak umarł faryzeuszom, chociaż w Jego Imię uśmiercali Chrystusa; jak u konkwistadorów był celem bojaźni, chociaż w Jego Imię palili ludzi na stosach... Historia, którą przebyliśmy, nieomylnie uczy nas, że Bóg umrze, skoro zawiedzie się Go na krzyż. Wśród nas może jeszcze żyją ci, którzy pamiętają lata 39-45 ubiegłego prawie już stulecia. Pamiętają dobrze te dni strachu, niewoli, zabijania i katowania. Czasy straszne. Dlatego dziś, z perspektywy nowego wieku, spróbujmy na własna odpowiedzialność uogólnić: że ilekroć w narodzie naszym, waszym, czy ich - umrze Bóg i nagle Go zabraknie, będzie Oświęcim, będą łapanki, będzie Jugosławia, Czeczenia i Izrael, i będą hasła, które dzisiaj z drżeniem obserwujemy w różnych częściach globu, pamiętni tragedii tamtych polskich dni. Kiedy zaś w narodzie każdym: polskim, ruskim, czy ich - żyje Bóg jest inaczej: świeci słońce i skała jest skałą.

Ale zostawmy te sprawy zżymaniom polityków z życzeniem, aby potrafili odkryć powyższe prawidłowości dla wiarygodności swoich zapewnień o pragnieniu dobra dla nas - a my powróćmy na bliższe nam podwórko: domu, rodziny, kamienicy, bloku...
Bo i tutaj bywa tak, że dopóki Chrystus jest w rodzinie, chociażby nawet konający, ale jest, żyje - wtedy wszystko jest jako tako. Może nie w najlepszym porządku, ale zawsze: tata wróci na czas z pracy i trzeźwy, mama przytarga siatkę zakupów, dzieci bez obawy mogą wyjść do szkoły i wrócą na czas, córka zdąży z randki na wieczorny pacierz i syn zakończy bez sprzeczki Internetowe myszkowanie. Ale kiedy w rodzinie nielitościwy zegar wybije godzinę trzecią, nagle w tym gniazdku zaczyna się coś psuć. I nie wiadomo co się dzieje, nie można ustalić kto i co, i kiedy, i jak. Ale nagle przestało grać i zrobiła się sytuacja nie do wytrzymania. Tylko albo wiać, albo rozwód, albo co? Przestało mieć sens to gniazdko, chociaż dzieci, chociaż ślub. A potem nawet i to przestało być ważne na przeciw ocalenia własnej twarzy, może nawet głowy.

Dopóki Chrystus jest w nas, dopóki żyje, chociażby jako tako, ma się jakiś cel w tym wdowieństwie, w tym panieństwie, w nauce, pracy. Ale kiedy doświadczamy, że może umrzeć jak wszystko inne dobro - zaczyna się pruć wszystko po kolei:
- sens starania się w pracy - jak wszyscy olewają;
- sens uczenia - jak wszyscy odbębniają;
- sens czystości - jak 13 latki dzieci mają.
Po co? - pytamy. A pytamy dlatego, że umarł nam Chrystus i Jego sprawy wraz z Jego prośbą: „Bądźcie doskonali tak, jak Ojciec wasz doskonały jest”.

W człowieku, w którym umarł Bóg jest ciemność, o którą potyka się ona sam, i w której potyka się o innych, a nieraz inni odskakują od niego. Strach się zadawać z człowiekiem, który nie ma żadnych hamulców i jedyną troską dla niego jest jak wyjść na cało, jak ocalić własną głowę. W panice przedzierania się przez ciemność gotów jest dźgnąć nożem lub walnąć cię w łeb pałką bejsbolową. Nasze kroniki sądowe i media pełne są takiego zagrzebywania się ludzi coraz bardziej i nie potrzebujemy ich tutaj przywoływać, wystarczy nam zauważenie, że zazwyczaj wszystko zaczęło się od tego momentu, w którym umarł im Bóg. A skoro człowiekowi umrze Bóg, leci na łeb na szyję, zrywając po kolei wszystkie inne hamulce...

Są jeszcze inne noce, inne ciemności wśród nas, które następują po trzeciej godzinie śmierci Boga. Jest np. noc cierpienia. I to nagłego i niespodziewanego. Po jakichś tam kolkach wybierzesz się do lekarza i ci powie, że zostało ci tylko parę miesięcy, może rok... Co wtedy robić, żeby nie zwariować? Modlić się, kląć, pić, tańczyć całą noc? Umarł przecież bóg twego zdrowia, bóg ciała, wyglądu, najwyższa przez ciebie uwielbiana wartość. Co wtedy? Co się robi w tym nagłym i oślepiającym locie błyskawicy? Klnie czy tańczy? Czasami taka noc cierpienia trwa wieki całe. Jak było jasno, jak był dzień czyli wszystko w porządku i zdrowie i życie jako takie - wtedy wszystko było: i Bóg na niebie, i spowiedź i Msza. Ale jak przyszło to nieszczęście, jak trzeba szerzej otworzyć oczy i serce, bo ciemno, ile z nas stać wtedy na odwagę zawołania: „Zaiste, Ty jesteś Synem Bożym, Tobie się oddaję, niech będzie co chce, bądź wola Twoja”?

I jest jeszcze taka noc, która zdarza się ostatnimi czasy nie tak znowu rzadko: noc opuszczenia przez swoich. Opowiada student o babci, u której zamieszkał kątem za jedyne 100 zł miesięcznie. Tu niedaleko, na ul. Długiej. 100 zł miesięcznie, to każdy student wie, że to rarytas dzisiaj. Ale babcia nie była twarda w targach. Bo ona potrzebowała kogoś, ktoby był, żył obok, poruszał się za ścianą. Bo ona nocami nie śpi - siedzi na łóżku; niewiele je; dużo mówi, do siebie i do innych, chociaż nikt nie słucha. Mówi o tym, jak to było drzewiej. A wesoło było. Ludno było, pięcioro przecież wychowała, i to sama, mąż zginął w czasie okupacji... ciąg dalszy znany, nudnawy... Robert - ów student - mówi, że przez cztery lata mieszkania u niej nie widział, aby któreś z odchowanych dzieci zainteresowało się przynajmniej, czy babcia jeszcze żyje, nie mówiąc już o tym, żeby ich zainteresowało, z czego żyje, i jak żyje...

Moi drodzy - noc nocy nierówna. Te, o których mówimy, zerkając nazad w czasy jerozolimskie, i te, odszukane dziś o tamtych odcieniach, nie przeczę, nie są z nocy usłanych gwiazdami. Ale wybraliśmy je spośród innych właśnie dlatego, że Chrystus umiera ustawicznie podczas najciemniejszych nocy, ciemności, które nagle się stają, chociaż powinien być dzien. Co więcej, one dlatego się stają, że On nam umarł. Umarł zaś na podstawie jakiejś konsekwencji ludzkiego działania, streszczającego się nawet w naszym powiedzeniu: od rzemyczka do koziczka. I które powtarzają losy Chrystusa wśród nas. Bo skoro się, jak Piłat, przegrało targ o Boga dla siebie i zgodziło się na Jego śmierć w sobie, w domu swoim - czego zewnętrznym wyrazem jest przyniesiona do kościoła i cichcem zostawiona babcina książeczka do nabożeństwa, potargany różaniec i obraz M.B. Częstochowskiej, dla którego zabrakło miejsca po odmalowaniu mieszkania - jeśli więc przegrało się Piłatowy targ o Boga i przestało się o Nim mówić w domu i modlić się do Niego, trzeba nam wiedzieć, że przyjdzie taka trzecia godzina i On umrze normalnym biegiem rzeczy, następstwem czasu - i że po tym fakcie nastąpi ciemność, w której będzie zamieszanie, w której nie za bardzo wiadomo co z sobą robić, gdzie być i jak się zachować, i w której trzeba będzie po omacku szukać dróg wyjścia, potykając się o innych, i w której będzie wzrastał nawet lęk o własną głowę. Nie twierdzę, że jakiegoś wyjścia się w końcu nie znajdzie: tylu ludzi przecież żyje bez Boga i nawet się im nieźle powodzi, a przecież nie można też powiedzieć, żeby w swym postępowaniu byli faryzeuszami... Gorzej bywa przy śmierci, ale i tę dziurę można dzisiaj zatkać komunalnym ceremoniałem i Marszem żałobnym Chopina lub Chanson Triste Czajkowskiego..., a że trochę więcej łez się wyleje, że to nie po katolicku, to tylko doda uroku... Wszystko można. Ale pamiętajmy również, że w tym błąkaniu, w tej ciemności, w tej niepewności można również zawołać, jak setnik: „Zaiste, Ten był Synem Bożym!”. I można tę noc, tę ciemność wykorzystać na zwrócenie się w stronę krzyża, w stronę Tego, który właśnie umarł, za nas umarł, za mnie umarł...

Wśród wszystkich naszych postaw, podejmowanych w ciemności, ta postawa interesuje nas najbardziej jako ludzi wierzących: jak te nasze egipskie ciemności wykorzystać dla wielkiej sprawy, do tego, aby On nam zmartwychwstał i na nowo zaczął dla nas żyć, a my dla Niego żebyśmy na nowo zaczęli żyć. Żeby On się pojawił na nowo w tej rodzinie, którą teraz tworzy moja córka z zięciem i dziecięciem, żeby w pracy po tych kłótniach i zawiściach, żeby po okresie mojego błądzenia po omacku i bez sensu, żeby w narodzie...

Po nocy, nawet najczarniejszej, wstaje dzień; po Wielkim Piątku - Wielkanoc. Módlmy się, żeby i po naszej godzinie trzeciej zaświtała nam jutrzenka Zmartwychwstania. Jest okazja, są rekolekcje, czas, który można wykorzystać, aby skończyć u siebie z jakąś ciemnością - a czas jest najwyższy, bo oto dobija się świt. Czy zastanie nas uparcie twierdzących, że Bóg umarł, i nadal panuje ciemność? Czy też powitamy tę zorzę z radosnym okrzykiem: Alleluja! Zmartwychwstał Pan! ? Od nas zależy. Amen.

"Kazania Pasyjne" - wstęp