Sections

WincentyWiki:Kazania Pasyjne - V. Golgota

V. GOLGOTA - świadkowie konania Chrystusa na krzyżu

W naszych gorzkożalowych rozważaniach dotarliśmy dzisiaj do finału: Jezus na krzyżu umiera. Zatrzymamy się dzisiaj na chwilę pod tym Krzyżem, popatrzymy w górę na konającego na nim Chrystusa, a potem rozejrzymy się wkoło: kto obok, kto przy krzyżu, a kto nieco dalej.

► Chyba najbliżej Chrystusowego krzyża byli ci, którzy pilnowali, aby nikt się do niego nie zbliżał, bo może by ubił, może coś nieprzewidzianego w rzymskiej procedurze uśmiercania na krzyżu zrobił i potem mieliby kłopoty z władzami. To strażnicy, dozorcy pilnujący, aby więzień dokładnie skonał. Nudna to była robota, nudne czekanie, więc dla zbicia czasu zabawiali się grą w kości.

Wśród nich byli ci zapobiegliwi, którzy nie chcieli, aby po skazańcach coś się zmarnowało. A może ciągnęli z tego procederu dodatkowe korzyści, odsprzedając rzeczy zmarłego rodzinie [por. zapobiegliwą krzątaninę krewnych po śmierci ostatniego z rodu]. Nęciła ich suknia, która była całodziana, rzadko spotykana, dobra robota. Wielu miało na nią chęć. Dlatego rzucili losy, komu ma przypaść ta scheda. Nie kłócili się, o nie, po sądach, adwokatach nie ciągali się. Załatwili rzecz od razu, kulturalnie, a jakże: rzucili losy, komu ma przypaść [jeśli kogoś interesuje literacka fikcja dalszych losów tej sukni i człowieka, któremu ona przypadła, gorąco polecam książkę Woyd`a Douglas`a pt. „Szata”]. Kiedy więc strażnicy zajęci byli tym kulturalnym podziałem łupu, On tam w górze konał, On to wszystko widział i słyszał, a On tam może w górze wspominał Matkę, która z taką miłością, z taką troską o Niego, utkała to cudo.

Może jeszcze wyliczmy wśród grupy tych, którzy będąc najbliższymi świadkami konania Chrystusa, zajęli się porządkami. Ludzi konkretnych i nie lubiących zostawiać po sobie nieporządku. Troskliwie zbierają więc porozrzucane narzędzia, zostawione gwoździe, zapomniany młotek. Trzeba to wszystko pozbierać, bo na następną egezekucję nie będą przecież kupowali nowych. Więc się krzątają, więc obchodzą krzyż wkoło raz i drugi, pilnie wypatrując, czy czegoś jeszcze nie przeoczyli.

Ale i przecież wśród tych strażników prawa byli ludzie, którzy w pobliżu tego Krzyża dojrzewali, jak kwiat pod wpływem ożywczego słońca. Oto setnik, który przyprowadził na Golgotę całą tą egzekucyjną kohortę i w swojej wojskowej solidności czuł się odpowiedzialny za to, aby wszystko odbyło się jak należy, według regulaminu. Musiał przecież zdać z tego wszystkiego relację, raport, przed Piłatem. On, który na początku nie wiedział, ani sobie nie zdawał sprawy z kim ma do czynienia. Chrystus był dla niego jedynie tym, którego skazano, którego miał doprowadzić na miejsce stracenia możliwie bez szwanku, i tam dokładnie uśmiercić. To wszystko. Wchodzenie w to, czy ta kara była dla Chrystusa słuszna, czy nie, nie było jego sprawą. Skazany został, więc widocznie na to zasłużył. Umiał już swoją robotę na pamięć, bo niejednego skazańca tutaj doprowadzał, broniąc nawet przed okrucieństwem tłumu... I nagle dochodzi nas spod krzyża jego głos: Zaiste, ten był Synem Bożym!

► I był też łotr, który tego sąsiedztwa krzyża ani sobie nie wybierał, i nawet nie przypuszczał, że właśnie ten ból, to cierpienie: i jego własne, na które - jak sam zauważył - zasłużył przez swoje podłe życie, i Tego obok, którego niewinność uznawał - - że te cierpienia tak ich ze sobą zbratają. I oto w sytuacji, kiedy by się myślało, że tylko kląć, tylko pomstować i złorzeczyć, jak ten z lewej, spotkało go największe szczęście.

► I były tam pod krzyżem również serca konające razem z Jezusem, wierne i przyjazne: Maryja, Jan, Magdalena. Gdzieś w oddali, bo strażnicy bliżej nie pozwalali, wpatrywali się w oblicze Konającego, chwytając każde Jego westchnienie, każdy grymas bólu, każdą piędzią siebie czując okrucieństwo minut i swoją bezsiłę - i w niemocy płaczu słowa zamykali.

Byłem kiedyś, i to całkiem przypadkiem, po kolędzie wszedłem, z uśmiechem na ustach: Pochwalony! I trafiłem, wcale nie na końcu kolędy, 3 albo 4 mieszkanie w bloku, trafiłem na konanie 28-letniego mężczyzny, męża i ojca dwu dziatek. Co to było: rak czy nerki? - nie pomnę już dziś, a i wtedy nie za bardzo dotarło do mnie objaśnienie zebranej u łoża rodziny, nie dotarło z powodu widoku poszarpanej, poplamionej krwią? wymiocinami? wydzielinami? pościeli, podrapanej z bólu ściany - - - on podobno był w stanie odurzenia znieczulającego, które z litości aplikowano mu już co 15 minut. Skoro usłyszał, że ksiądz jest po kolędzie, chciał coś powiedzieć, chciał coś dźwignąć - - - głowę, tułów?, nie wiem, bo to były tylko drgawki rąk, nóg, szyi, żadną miarą nie chciała się podnieść głowa, tylko uśmiechnął się ból grymasem jakiegoś szczęścia - - - I złapał mnie tak spazmatycznie za ręce jak tonący... Wyrwałem się i uciekłem, bo moja bezsiła wobec tego widoku i wobec wyszlochanej prośby najbliższych: Niech ksiądz coś zrobi - była potworna. Na korytarzu, oparty o ścianę kilka dobrych minut przychodziłem do siebie, łapiąc oddechy. A potem musiałem iść jeszcze do około 20 rodzin, oczekujących mnie w bożonarodzeniowej radości. - - -

Moi Drodzy - to nie są sprawy do opowiadania... Nic więc dziwnego, że Ewangeliści nie zanotowali nam spod Chrystusowego krzyża nawet szlochu Maryi, nawet jednego słowa umiłowanego ucznia Jana. Chociaż On coś tam rzęził, i oni to słyszeli: „Synu, oto Matka twoja”, „Niewiasto, oto Syn twój”.

Moi Drodzy - ilekroć jesteśmy na Mszy świętej Chrystus ponawia przed nami tę ofiarę swojego życia, uobecnia swoją śmierć na krzyżu. Jesteśmy tak samo jak ci strażnicy, jak dobry łotr, jak setnik, jak Maryja, Jan i Magdalena, bardzo blisko krzyża Chrystusa i jesteśmy naocznymi świadkami kalwaryjskich wydarzeń, ale dokonujących się dla nas z woli i ustanowienia Chrystusa pod postaciami chleba i wina. Kiedy jesteśmy na Mszy świętej, dokonują się tu, na ołtarzu przed nami, sprawy o tyle dla nas trudne, że nie stwierdzalne ani to wzrokiem, ani dotykiem i smakiem też nie; nie stwierdzalne tym wszystkim, czego jesteśmy zwyczajni na codzień, a dotykalne jedynie przez wiarę, która akurat nam ciężko przychodzi. Dla wielu jest to kamieniem obrazy, bo nawet gotowi są przyjąć wzniosłą naukę etyczną Chrystusa, ale nie potrafią z tą łącznością z Nim wyjść poza to nasze ludzkie patrzenie i poza to nasze ludzkie, szacujące jaki to towar, dotykanie.

W zależności więc od przypisywania wagi jedynie tym naszym wartościom, mamy odpowiednie ludzkie postawy wobec ofiary Chrystusa dzisiejszych ludzi, którzy nawet mienią się być uznającymi Boga na niebie:

a) grający w kości: to, ci, którzy niedzielę przeznaczają na tygodniowe zakupy w supermarketach za miastem, którzy wytrwale kupują i sprzedają, grają na giełdach, odwiedzają samochodowe salony, kalkulują i kombinują. To również ci, którzy w niedzielne i świąteczne dni są tak dalece zajęci swoją rolą, zadaniami, obowiązkami odwiedzających i podejmujących gości, że nie mają czasu na spojrzenie w te dni w stronę krzyża. I chociaż Chrystus w kościele, dosłownie parę kroków od nich, ponawia swoją ofiarę życia, to przecież dla nich ważniejsze jest to, że jedynie w niedzielę mogą załatwić swoje sprawy rodzinne i towarzyskie, więc jadą w odwiedziny z pierwszym dzwonem w kościele. Czasami tak zajmą ich goście, którym trzeba lepszy obiad ugotować, z którymi trzeba było przecież zagrać w brydża (dosłownie!), jeszcze iść razem do kina, jeszcze do kawiarni, jeszcze nie zmarnować biletu do teatru czy filharmonii... Wszystko jest, żeby ten niedzielny czas z pożytkiem, kulturalnie i towarzysko spędzić mile, tylko na tę Mszę nie ma kiedy iść, no nie ma.

b) grający o suknię: ci zapobiegliwi, mają także wśród nas swoich reprezentantów. Przez całą niedzielę będzie czyścił, mył i reperował samochód, umazany po czubek nosa, bo przecież w tygodniu ma wyjazd, a ta dysza, ten wał nie dają mu spokoju. Do tej grupy przynależy również wzorowa i zapobiegliwa pani domu, która przez cały tydzień będzie skrzętnie zbierać przeróżne brudy na kupkę, żeby w niedzielę zrobić generalne pranie. Trzeba prać? No jasne! Więc o co chodzi? Albo przez cały tydzień będzie zamiatać tylko rynek, bo jest przecież niedziela i będzie czas dokładniej posprzątać, umyć okna i powynosić kubły ze śmieciami. Nie ma również czasu spojrzeć na Mszalny Krzyż zapracowany korespondent, bo już dawno powinien odpisać, a tak jakoś schodziło. Więc teraz, w niedzielę, siedzi i gorliwie odrabia zaległą krespondencję. Potem porozmawia sobie przez Internet' z kimś na drugim końcu świata, trochę przejrzy nowości, obejrzy film w TV. I tak zejdzie. Na Mszę brakło czasu.

c) grupa uprzątająca kalwaryjskie wzgórze po całej robocie. To dzisiejsi wspomniani już krzątacze samochodowo-domowi i inni nadgorliwce, którzy nawet w niedzielę nigdzie nie wyjdą, bo na balkoniku trzeba coś podpiłować, dopasować tę półkę w łazience, pomalować jakiś pręt. Drugi od dawna będzie miał czas tylko przez kolejne niedziele na dorabianie dodatkowego głośnika do stereofonii w maluchu. Albo też niedzielne przekopywanie działki urządzi na Wólce, jakiś chwaścik usunie, jakąś gałąź przytnie, coś pozbiera chodząc z kąta w kąt. I tak krzątając się około bardzo wielu drobiazgów, na które nigdy nie ma czasu, potrafi całą niedzielę przełazić, przeklepać, przemajsterkować. Tylko tej jednej godziny nigdy nie potrafi znaleźć dla spojrzenia na Krzyż.

Oto pokrótce - moi Drodzy - szybki i pobieżny rzut oka na grupy ludzi obojętnych dzisiaj wobec faktu, że Chrystus kona w pobliżu. Nie są to ludzie źli, naprawdę. Tak ich szacując, mocno byśmy uprościli sprawę. Zresztą porozmawiajcie z nimi a przekonacie się sami, że są to dobrzy, uczciwi i porządni ludzie, zapobiegliwi i pracowici obywatele, kulturalni członkowie naszej społeczności, zapytajcie też, a powiedzą wam, że są ludźmi bardzo wierzącymi... I tylko ta Msza, modlitwa, ta spowiedź - to jest wszystko dla nich nudna, nieciekawa sprawa, którą wymyślili księża. I nie warto dla nich poświęcać swego drogocennego czasu... I trudno im przetłumaczyć, że może to jest jednak inaczej. Gdy się zacznie coś na ten temat, że skoro są wierzącymi, chrześcijanami, to powinni iść, być, pilnować... powiedzcie to, a zaraz się wściekną, a w najlepszym przypadku machną ręką na znak, że nie warto nawet rozpoczynać tego tematu...

Zresztą, ja im się nie dziwię. Bo tak naprawdę, to rzeczywiście ta Msza nie ma w sobie nic z atrakcji, nic z tych emocji kiedy Wisła gra z Legią' albo występuje Lokomotiv GT, i aby być wiernym w przychodzeniu tutaj, i w trwaniu przy tej Ofierze, trzeba naprawdę niejedno przeżyć z Chrystusem, trzeba mieć za sobą jakiś kawał czasu, jakieś momenty ważne swojego życia przebyć razem, uczestniczyć wspólnie w takich wydarzenia, przez które odkryło się Jego prawdziwą przyjaźń i gorącą miłość. Wspólne przeżycia i radości i smutków warunkują przecież wśród nas ludzi tę oczekiwaną, tę tak bardzo ważną wierność w momentach trudniejszych na zasadzie jakiegoś wzajemnego powiązania i przywiązania. Gdyby nie przeżyte razem z Mistrzem chwile, i wzniosłe i trudne - nie wiem, czy Jan trwałby tak pod krzyżem, wpatrzony w Tego, którego nad śmierć umiłował, któremu bez reszty zaufał.

Dlatego - moi Drodzy - jeśli i my mamy uchronić się od nudzenia na mszy świętej, jeśli chcemy być wierni w przychodzeniu na nią i w patrzeniu na ofiarującego się Chrystusa - musimy przede wszystkim docenić te momenty naszego życia, które umacniają naszą przyjaźń i naszą miłość do Niego. Liczą się, i ważne są, każde drobiazgi i każde chwile, które z Nim wspólnie przeżyjemy. Bo to tylko one umocnią nas w chwilach trudnych i nie pozwolą odejść spod krzyża, od Mszy. Sami, bez utyskiwania spowiedników, uznalibyśmy to za zdradę naszej przyjaźni z Nim, za zdradę wszystkich tych dobrych chwil, które się razem przeszło.

I na koniec jeszcze o tych spośród nas, którzy właśnie na Mszy, właśnie pod krzyżem, tak jak setnik, uchwycili siebie i swój czas zbawienia, u których, tutaj na Mszy, nadspodziewanie wzrosła wiara i przywiązanie do Chrystusa. Wbrew pesymistom nie są to sprawy dzisiaj znowu takie rzadkie, a przecież są wielkimi chwilami łaski, zasługującymi na wielkie Te Deum laudamus.

►„Tylko na mszy - pisze 24-letnia Małgorzata - mam czas, aby się zastanowić, czy to, co robię, za czym gonię, jest istotne, czy ostatecznie ma jakiś sens. Wiem, że tu spotykam się z Bogiem Żywym, że tylko On może dać mi szczęście, wewnętrzny pokój, radość (...) To wspaniałe, że Jezus ustanowił sakramenty, abyśmy już tu na ziemi mogli się z Nim spotykać i doświadczać Jego mocy” (s.56.)

Jeśli potrzebujemy więcej tego rodzaju świadectw zajrzyjmy do opublikowanej w ubiegłym roku ankiety „Więzi”, wydanej w książce pt. "Dlaczego chodzę / dlaczego nie chodzę do kościoła?" Czasami ktoś wejdzie do kościoła całkiem nie wiadomo po co - może ciekawą architekturę zobaczyć, może po prostu odpocząć lub ogrzać się, bo wcale nie zamierzał modlić się, ani być na tej Mszy świętej, ale postał chwilę, dłużej się zatrzymał, bo zaciekawiło go całkiem coś nieistotnego jakiś refleks witraża, jakiś śpiew, jakieś słowo z ambony... I tak już pozostał. Zrodziła się ni stąd, ni zowąd jakaś potrzeba odnowy, spowiedzi, bycia tu... Zasiane zostało ziarno niepokoju i wierciło, domagając się realizacji - tak o swoim nawróceniu opowiada Andre Frossard w książce „Bóg istnieje, spotkałem Go” i wielu innych poczytnych książkach o Janie Pawle II..... jest też nieraz łotr nad łotry, którego życie przycisnęło tak dalece, że tylko złorzeczyć, tylko kląć... jakaś choroba ciągnąca się latami, jakiś wynik, że to już niedługo, jakaś sprawiedliwość wymierzona znienacka na Montelupich... I nawet się nie spodziewał, że wcale nie wtedy, kiedy żył całą parą, nic sobie z Boga, PRL i Chin nie robiąc, ale teraz, właśnie teraz w tej beznadziei, w tym cierpieniu, w tej samotności, dosięgnie go największe szczęście i pozna Boże miłosierdzie.

Moi Drodzy - ciekawe są te ludzkie postawy spod krzyża. Ale myśmy dzisiaj przyszli na Gorzkie Żale nie tyle po to, aby przeprowadzać studium psychologiczne ludzi, którzy stoją pod krzyżem i wokół ołtarza, ale głównie po to, aby wzrosła nasza wiara i zaufanie do Boga; aby to nasze patrzenie na ofiarującego się na krzyżu Chrystusa umocniło nas w wierności Mu w momentach trudnych naszego życia i w momentach, które są pytaniem o nasze przywiązanie do Niego. Dlatego kończąc, módlmy się:

Dobry Boże, spraw, abyśmy rozważając mękę Twojego Syna i uczestnicząc w niej w czasie każdej Mszy świętej, umieli wytrwać przy Tobie i Twoim Synu, pomimo naszych zniechęceń, naszych złych przyzwyczajeń, pomimo mnóstwa naszych codziennych spraw odciągających nas od Ciebie, i spraw, abyśmy nigdy nie opuszczali Tego, który za nas umarł na krzyżu. Amen.

"Kazania Pasyjne" - wstęp