Sections

WincentyWiki:Kazania Pasyjne - IV. Droga Krzyżowa

IV. Droga Krzyżowa

W Jerozolimie, już od czasów pierwszych pielgrzymek w IV wieku, tradycja i pobożność chrześcijańska wyznaczyła dokładnie trasę, jaką musiał przejść Jezus idąc z krzyżem od twierdzy Antonia, gdzie zapadł wyrok, na miejsce stracenia. Co prawda, wieki nagromadziły w tym świętym mieście niezmierne ilości ruin i zrównały gruzem doliny, by na nich stawiać nowe domy i coraz inne świątynie, ale pomyłka może być tylko niewielka. Cała bowiem trasa śmierci nie była długa i liczyła najwyżej 1 kilometr. Z tego blisko połowa tej trasy zamykała się w obrębie miasta. A ulice, pomimo przebudówek, nadbudówek i coraz to przemyślniejszych ganków, były mniej więcej takie same jak dziś: wąskie, otoczone wysokimi domami o rzadkich oknach, nierówno wyłożone tłustymi i śliskimi kamieniami, biegnące w górę i w dół, gęsto schodkowane. Na egzekucję wybrano jak zwykle niewielkie wzgórze oddalone około 200 metrów od bram miasta, które ze względu na swój kształt zbliżony do ludzkiej czaszki nazwano z hebrajska Golgotą - Wzgórzem Trupiej Czaszki.

Było to między godziną 11 a 12 w południe, kiedy posępny pochód wyruszył tą drogą z Piłatowego dziedzińca. Nie będziemy opowiadali poszczególnych etapów tej ostatniej ziemskiej drogi Chrystusa, ponieważ dobrze je znamy i rozważamy podczas Drogi Krzyżowej, nabożeństwie, w czasie którego na tle tamtych wydarzeń sprawdzamy swoją autentyczność chrześcijanina i badamy co w naszym życiu znaczą słowa: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje” (Łk 9, 23). Na przestrzeni wieków byli tacy chrześcijanie, którzy te słowa Chrystusa pojmowali dosłownie: brali na ramiona ciężar drzewa i w świętym uniesieniu, poprzez zakręty i nierówności drogi wspinającej się po zboczu jerozolimskiego wzgórza, postępowali w ślad za Chrystusem bolesnymi etapami Jego ostatniej drogi. Nie naszą rzeczą jest ich osądzać. Napewno tak czyniąc pełni byli szczerych intencji, a ta u Boga przede wszystkim się liczy. My natomiast spróbujemy pojąć sens tych słów w zestawieniu z inną wypowiedzią Chrystusa: „JA JESTEM DROGĄ”. Nie tylko kierunkowskazem ustawionym na drodze, według którego idąc nie zabłądzi się, ale DROGĄ, na którą trzeba wejść, po niej iść, aby trafić do Ojca.

Z obu wypowiedzi Chrystusa wynika dla nas podwójna prawda:

po pierwsze: Chrystus jest dla nas Wzorem, Przykładem i Nauczycielem jak iść przez życie tak, aby na jego końcu spotkać się z Bogiem.

I sam podaje nam sposób tego iścia!: mamy Go naśladować, wstępować w Jego ślady. Może to być kopia słaba, mierne naśladownictwo, ale zawsze na miarę naszych sił. Może to być odtworzenie na sobie bodaj jednej cechy z nieskończonego bogactwa ludzkiej natury Chrystusa, a świętość nas nie minie. Bo święty to właśnie człowiek, który odnalazł w Chrystusie właśnie to, co było mu najbardziej bliskie i dostępne, i konsekwentnie się tego trzymał jako wzoru swego życia. Św. Franciszek z Asyżu, św. Wincenty a Paulo - wybrali ubóstwo. Brat Albert, Maksymilian Kolbe - miłość bliżniego. Św. Franciszek Ksawery - ducha ewangelizacji. Św. Szymon Słupnik, Tomasz Merton - życie ukryte, w odosobnieniu... Inni poświęcenie dla drugich, inni miłosierdzie, inni dobroć. Idąc za tą cechą Chrystusa jak za nicią Ariadny Tezeusz przez labirynty życia, dochodzili do takiej chwili na tej drodze, która była spotkaniem z krzyżem, do chwili może takiej, że jedyną nagrodą za oddanie swego życia innym były szyderstwa, były kpiny i chęć wykorzystania. Ale napewno dochodzili na niej też do takiego momentu, w którym poniżenie stało się ich wywyższeniem.

Droga, którą wskazuje Chrystus nie jest łatwa. Wymaga wiele wysiłku, bo On - jak powie św. Małgorzata de Pazzis - idzie krokami olbrzyma. On potrzebuje ludzi mocarnych. Takich, którzy wpatrzeni w Niego nie będą postępować z daleka - jak mówi Pismo święte o Piotrze, obserwującym z ukrycia, ostrożnie, w cieniu, pojmanie, sąd i ukrzyżowanie Chrystusa. Chce znać losy Chrystusa, ale sam nie chce być poznany. A ta droga, jak czytamy, wiedzie do zaparcia, do zdrady. A wielu jest dzisiaj takich naśladowców Chrystusa: chociaż pociąga ich Jego miłość, Jego przykład, Jego wskazania, to jednak wolą z daleka... z daleka od ołtarza, z dala od spowiedzi, z dala od kościoła. Postępowanie zaś z bliska wymaga zawsze jakiegoś przełamania, jakiegoś wyrzeczenia i ostatecznie często sprowadza się do krzyżowej drogi. A my tak nie lubimy krzyża. Chcielibyśmy, aby pozostał w kościele, w domu na ścianie jako symbol, jako znak. A na codzień wolelibyśmy, aby wiecznie dźwigał go tylko Chrystus. Sami zaś robimy wszystko, aby się tylko uwolnić od niego, uwolnić nawet do mówienia, że to jest krzyż, że to są takie sytuacje życiowe, które mogą stać się naszym zbawieniem, jeśli zostaną połączone z krzyżem Chrystusa. Bo On na to wziął krzyż, aby cierpieć z cierpiącymi, aby pokazać, że krzyż może nie być tragedią, bo ma w sobie moc oczyszczającą i uświęcającą.

W wiedeńskiej galerii obrazów znajduje się dzieło niderlandzkiego mistrza Breueghla Starszego, zatytułowane „Niesienie krzyża”. Obraz ten na pierwszy rzut oka robi wrażenie okropnej gmatwaniny, pomieszanych ze sobą scen, nie mających pozornie związku ze sobą. Jest tam człowiek napadnięty przez złodziei, opuszczona kobieta, człowiek zamordowany strzałem w plecy, matka trzymająca na kolanach zwłoki swego dziecka, trędowaty z kołatką, kobieta rodząca w bólach, konający na łożu śmierci. Ot, cała masa rodzajowych scenek z życia ludzkiego. I pośród tych wszystkich scen jedna przedstawia Chrystusa niosącego krzyż. Wcale nie na środku obrazu, zagubiony wśród wielu innych scen, potraktowany jak wszstkie i trzeba dobrze się przypatrzyć, aby rozpoznać w nim Chrystusa... Jest w tym obrazie głęboka myśl: ten Niderlandczyk miał właśnie świadomość, że życie nasze, we wszystkich swoich przejawach, jest dźwiganiem jakiegoś krzyża. Czy się chce, czy się nie chce tak tak tego nazywać. Spychany ustawicznie niczego nie załatwi a podwoi ciężar, przyjęty zaś jak Chrystusowy, może być zbawieniem naszym, może być naśladowaniem Chrystusa, drogą do chwały wiecznej...

Opowiadają, że pewien chrześcijanin, który wiele cierpień doznał w swoim życiu i wiecznie był niezadowolony ze swojego losu miał dziwny sen. Śniło mu się, że znalazł się w ogromnej sali, w której było wiele krzyży. I nagle usłyszał głos: „Wybierz sobie taki, który najbardziej ci odpowiada”. Chrześcijanin zaczął się przyglądać i wybierać: jeden wydawał mu się za długi, drugi nie był wprawdzie wielki, ale za to bardzo ciężki, trzeci krzyż miał ostre krawędzie, które wrzynały mu się w barki, inne błyszczały jak złoto, ale wagę złota też miały. Wreszcie po długich poszukiwaniach znalazł taki krzyż, który wydawał mu się w sam raz dla niego, odpowiedni wielkością i ciężarem. Przymierzył się do niego dokładniej i wtedy poznał, że to jest ten sam krzyż, który dotąd nosił. Po przebudzeniu zrozumiał, że przez ten sen Bóg chciał go pouczyć, że nigdy nie daje człowiekowi większego ciężaru krzyża ponad ten, który ten człowiek może unieść.

Moi drodzy - to prawda, że krzyż niejednego z nas przybiera często fomę pytania. Chrystus nie żąda jednak od nas znalezienia na niego odpowiedzi, lecz wymaga, abyśmy Jego wzorem wzięli swój krzyż i nieśli go z honorem, i może znosili jako pytanie aż do ostatniego momentu naszego tchu. Odpowiedź zaś na pytanie „dlaczego?” może się znaleźć dopiero na tamtym świecie.

I druga sprawa, wynikająca ze wskazania Chrystusa:”Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia weźmie swój krzyż i niech Mnie naśladuje”.

Chrystus nie po to przecierał nam ślady na drodze do Ojca, uczestnicząc w naszym ludzkim życiu, ze wszystkimi jego konsekwencjami, aby teraz stać z boku i tylko patrzeć na nasze wysiłki, na nasze upadki, wzloty, załamania przy dźwiganiu krzyża. On nie tylko przetarł osobiście ślad, jak pierwszy narciarz, nie tylko oznaczył trasę wyraźnymi znakami, według których orientując się zajdziemy o własnych siłach na świętą Górę do Ojca. Z miłości jaką ma ku nam wychodzi naprzeciw naszym wysiłkom, aby podać rękę, podeprzeć, podciągnąć. Chce nam pomóc w tej wspinaczce, chce byśmy z Jego doświadczeń i owoców trudu skorzystali. Dlatego zostawił nam siebie, dlatego ustanowił Sakramenty święte, dlatego wyraźnie powiedział: „Ja jestem Drogą. Ja jestem Bramą. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie”. Aby więc swoje wysiłki zakończyć odpocznieniem u Ojca trzeba nam więc wejść w kontakt z Chrystusem, wejść w posiadanie tego Boskiego Traktu, Drogi, trzeba nam przejść przez tę Bramę. Św. Paweł powie, że trzeba nam „przyoblec się w Chrystusa”, niejako stać się Chrystusem. A to dopiero jest ponad nasze siły, dopiero tego byśmy bez Niego nie dokonali. Toteż już w czasie Chrzu św. czyni nas swoimi braćmi i siostrami, daje nam swoje, Boskie życie. Dlatego już u startu naszej drogi krzyżowej jest z nami. A potem chce nas umacniać, chce w nas to życie Boże rozwijać przez Spowiedź, przez Komunię świętą, przez Mszę i modlitwę, aż do takiego stopnia, abyśmy za św. Pawłem mogli zawołać: „Żyję już nie ja, ale zyje we mnie Chrystus!”

Moi drodzy - uczestnicząc w tym nabożeństwie Gorzkich Żali a także podczas odprawiania Drogi krzyżowej umiejmy Chrystusowi dziękować za to, że oddychał tym samym powietrzem, którym my oddychamy, kochał to, co my kochamy, cierpiał, jak my cierpimy i konał, jak my konamy, bo przez wzięcie na siebie naszej ludzkiej doli ubogacił, podniósł do rangi zbawienia wszystkie nasze przypadłości losu i chce, abyśmy przez sakramenty święte korzystali z tych Jego zdobyczy, dla których się utrudził, aż do oddania życia.. Amen.

"Kazania Pasyjne" - wstęp