Sections

WincentyWiki:Kazania Pasyjne - III. Piłat

III. PIŁAT-owe zniechęcenie i rezygnacja

Prześledzimy dzisiaj wydarzenia, które rozegrały się na dziedzińcu Piłata. W myśl naszego założenia: Chrystus dzisiaj żyje i dziś umiera w nas, będziemy w tamtych sytuacjach szukali odnośnika do dzisiejszych targowań się o Boga i dzisiejszych skazywań Boga na śmierć.Oddajmy najpierw głos Pismu św. i posłuchajmy relacji z tamtych wydarzeń zapisanej u św. Mateusza:

"Jezusa zaś stawiono przed namiestnikiem. Namiestnik zadał Mu pytanie: «Czy Ty jesteś królem żydowskim?» Jezus odpowiedział: «Tak, Ja nim jestem». A gdy Go oskarżali arcykapłani i starsi, nic nie odpowiadał. Wtedy zapytał Go Piłat: «Nie słyszysz, jak wiele zeznają przeciw Tobie?» On jednak nie odpowiedział mu na żadne pytanie, tak że namiestnik bardzo się dziwił. A był zwyczaj, że na każde święto namiestnik uwalniał jednego więźnia, którego chcieli. Trzymano zaś wtedy znacznego więźnia, imieniem Barabasz. Gdy się więc zebrali, spytał ich Piłat: «Którego chcecie, żebym wam uwolnił, Barabasza czy Jezusa, zwanego Mesjaszem?» Wiedział bowiem, że przez zawiść Go wydali. A gdy on odbywał przewód sądowy, żona jego przysłała mu ostrzeżenie: «Nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym, bo dzisiaj we śnie wiele nacierpiałam się z Jego powodu». Tymczasem arcykapłani i starsi namówili tłumy, żeby prosiły o Barabasza, a domagały się śmierci Jezusa. Pytał ich namiestnik: «Którego z tych dwóch chcecie, żebym wam uwolnił?» Odpowiedzieli: «Barabasza». Rzekł do nich Piłat: «Cóż więc mam uczynić z Jezusem, którego nazywają Mesjaszem?» Zawołali wszyscy: «Na krzyż z Nim!» Namiestnik odpowiedział: «Cóż właściwie złego uczynił?» Lecz oni jeszcze głośniej krzyczeli: «Na krzyż z Nim!» Piłat widząc, że nic nie osiąga, a wzburzenie raczej wzrasta, wziął wodę i umył ręce wobec tłumu, mówiąc: «Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego. To wasza rzecz». A cały lud zawołał: «Krew Jego na nas i na dzieci nasze». Wówczas uwolnił im Barabasza, a Jezusa kazał ubiczować i wydał na ukrzyżowanie."(Mt 27, 11 - 26)

Najpierw może historyczne uściślenia: Piłat był namiestnikiem, czyli przedstawicielem rzymskiego cezara Tyberiusza na prowincję palestyńską. Był wykształconym poganinem, żołnierzem, który niechętnie przyjął ten urząd, gdzieś na wschodnich rubieżach rozległego Cesarstwa Rzymskiego. Posadę, która była raczej niełaską, raczej zesłaniem, oddaleniem od centrum władzy, niż wyróżnieniem. Palestyna bowiem była niewdzięcznym terenem, tak ze względu na swe oddalenie od Rzymu, jak i z powodu licznych zamieszek religijnych wszczynanych przez Żydów. Jeśli tutaj znalazł się Piłat, tzn. że jego aukcje w Rzymie, w oczach Cezara, senatorów i liczących się ludzi władzy, padły. Wysłanie go tutaj było sprawdzianem jego lojalności wobec Cezara i umiejetności jako polityka. Bo z jednej strony musiał liczyć się z Cezarem i z tym całym traktowaniem prowincji jako kraju barbarzyńców, niewolników i tych, którzy tylko przysparzają kłopotów Rzymowi, a z drugiej strony musiał brać pod uwagę oryginalną specyfikę narodu żydowskiego, której zresztą dobrze nie rozumiał i była mu, jako rzymianinowi i człowiekowi wojskowemu, całkowicie obca... Instalował się w tej dziurze całkiem na wyczucie. Popełnił przy tym kardynalny błąd, kiedy rozkazał w bramie świątyni jerozolimskiej, tej naczelnej świętości całego Izraela, umieścić symbole Cezara. Polała się wtedy krew. Cezar go zgromił za nieroztropność. Wobec religijnych przekonań Żydów był więc teraz bardzo ostrożny. Wiedział, że na siłę nic się tutaj nie da zrobić, bo to religijni fanatycy.

W takiej mniej więcej sytuacji faryzeusze, duchowi przywódcy Izraela, przyprowadzają do niego Jezusa. Oprócz niezrozumiałych dla niego religijnych oskarżeń, formułują wobec Jezusa zarzut, że ten odmawiał płacenia daniny Cezarowi, że mianował się królem. To już było coś konkretnego, coś, obok czego, nie można było przejść obojętnie: za uzurpację władzy w Cesarstwie się wieszało. Ale Piłat, badając Chrystusa, rychło zauważył, że te polityczne zarzuty stawiane Chrystusowi, są tylko dodatkiem dla niego, dla jego rzymskiego ucha, że wcale nie dlatego Go przed niego przywiedli. Bezmyślnie wyczuł ogromną nienawiść Żydów wobec tego Człowieka, która wyrosła gdzieś na tle religijnych przekonań. Bo poza tym Chrystus wydawał mu się dobrym człowiekiem, niewinnym tego wszystkiego o co Go Żydzi posądzali. A przy tym wszystkim był jakiś dziwny: nie protestował, nie skarżył się na nic, chociaż było widać, że z ich rąk wyszedł w fatalnym stanie. Dlatego podejmuje próbę uwolnienia Chrystusa.

Ale tutaj ugrzązł: bo Żydzi, współbracia Chrystusa, wcale nie przywiedli Go tutaj, aby sprawę jako namiestnik Cezara sprawiedliwie rozsądził, ale po to, aby wyrok, jaki oni już wydali na Niego, że musi umrzeć, potwierdził. I ten fakt ubódł go jeszcze bardziej: jeśli był namiestnikiem miał przecież coś do powiedzenia; jeśli był człowiekiem wykształconym to miał poczucie jako takiej sprawiedliwości. Więc się buntuje przeciw temu bezprawiu, przeciw tej nienawiści i próbuje różnych kruczków prawnych. Spalają na panewce wobec zaciekłości i nienawiści, a w dodatku Żydzi byli specami od obchodzenia praw. I ogłoszenie, że nie znajduje w Nim żadnej winy, i odesłanie do Heroda, i wymiana za Barabasza, i biczowanie - wszystko na nic, żadne targowanie nie wyszło. A kiedy mu wreszcie wykrzyczeli, że jeśli go wypuści, udowodni, że nie jest przyjacielem Cezara, miał tego wszystkiego serdecznie dość. W geście bezradności umywa więc ręce na znak wycofania się i rezygnacji z dochodzenia sprawiedliwości.

Moi Drodzy - tyle wchodzenia w historię tamtych wydarzeń i próby zrozumienia posunięć Piłata, który w gruncie rzeczy nie był człowiekiem złym. A jeśli wyrok śmierci wydany na Jezusa zatwierdził, to zrobił to wbrew sobie. Zrobił to dlatego, że miał dość tego motania, tego osaczania, pochodzenia, wygrażania. Podpisując wyrok chciał się od tego wszystkiego tylko uwolnić.

A teraz proponuję szerzej otworzyć oczy, serce i myśl, i próbować zobaczyć, czy sytuacje z Piłatowego pretorium i dziedzińca nie powtarzają się i wśród nas:
♦  No bo weźmy np. pod uwagę niejedną sytuację w pracy, gdzie walczy się o jako taką sprawiedliwość dla siebie przy urlopach, podwyżkach i premiach, awansach. Walczy się, broni, dochodzi swego. Ale tak człowieka potrafią podejść, takie najgłupsze argumenty przy tym wytoczą, tak wymęczą, że się tego wszystkiego ma dość. I człowiek wreszcie rezygnuje, przestaje się targować dla świętego spokoju.
♦  Tak samo jest dziś z ustaleniem prawdy. Wydawać by się mogło, że przy ogromnym wzroście przeróżnych publikatorów z Internetem i TV satelitarną na czele, powinniśmy być doskonale zorientowani, co się na świecie, a co w Polsce dzieje. Powinniśmy wiedzieć o kryzysach, zagrożeniach i zasobach. Ale gdzie tam, nie wiemy! Jedne informacje przeczą drugim. Naciąga się tę płachtę-prawdę jak się chce, mówi quasi prawdy i półprawdy, punktuje co chce, wyrywa z kontekstu, w zależności od potrzeby, w zależności od tego, czy to Unia ma być górą, czy Prawica zdruzgotana... Tak jest w gospodarce, tak w polityce, taki sam mętlik nieobcy jest również nauce. Oszukują, naciągają swoje wyniki badań do założeń zarówno młodzi adepci nauki, studenci i doktoranci, jak i szacowni profesorzy, jeśli za tym idzie biznes i pieniądze. Najwięcej, bo aż 20 oszustw na 184 wykazanych przez brytyjski tygodnik naukowy New Scientist, zdarzyło się w dziedzinie fizyki. Następne w kolejności to psychologia - 14, biochemia, chemia, biologia... Zaniepokojony tymi faktami autor artykułu pyta, zatem nieuczciwość jest nieuniknioną cechą rozwoju nauki?...

My powtórzmy tutaj raczej pytanie zdezorientowanego Piłata: A cóż to jest Prawda? I targuj się tu potem człowieku o prawdę z wychodzącą wieczorami córką, domagaj się jej w poczynaniach Rządu, a w końcu, żeby zdurnieć do reszty, posłuchaj jeszcze dyskusji w Sejmie, i zawołaj: A dajcie wy mi wszyscy wreszcie święty spokój! Ale go nie dadzą. Bo dzisiaj, człowieku, jeśli chcesz samodzielnie pomyśleć, nie zdążysz. Tak cię wymęczą swoją propagandą przy każdej okazji, tak sugestywnie podejdą w reklamie, tak omamią, że nawet się nie obejrzysz, jak znajdziesz się szczęśliwym posiadaczem szamponu dwa w jednym i odkurzacza, co sam czyści do chwili wyjścia akwizytora za drzwi...

♦  Albo z innej beczki:  w naszej pracy duszpasterskiej zdarza nam się nieraz spotkać młodych ludzi, dziewczynę lub chłopaka, którzy przychodzą do nas psychicznie wymęczeni brutalnością swego środowiska. Wymęczeni podejrzliwością, docinkami, podglądaniem: czy to już jej brzuch rośnie, czy jeszcze nie, bo zobaczyli ja parę razy całującą się ze swoim chłopakiem... Na progu życia, a już zniechęceni, a już ściągnięci w dół. Bo chcieli razem tworzyć siebie, swoją osobowość, pracę, miłość, a wykazano im brutalnie, że nie warto. Jeszcze się kłócili, jeszcze próbowali udowadniać napiętymi nerwami, że tamci są w błędzie, ale lały się im na głowy coraz większe kubły z nieczystościami, wiec zrezygnowali, zrezygnowali z wymagań od siebie, z zaufania do ludzi, nawet z powierzania swoich spraw Bogu.

♦  Piłatowe zmęczenie i rezygnację daje się zauważyć również u matki na wychówku, która targuje się jeszcze o zbawienie swego 30-letniego dziecka: znosi kartki na nowennę do Pana Jezusa Milatyńskiego, do Matki Bożej Lourdeńskiej, do św. Antoniego, jeszcze przebąkuje córce, że spowiedź, że niedziela, że ten ślub kościelny trzeba by wreszcie załatwić, bo i wnuczka czas już ochrzcić. Po kryjomu modli się i płacze, bo nie tak sobie wyobrażała szczęście córki, nie tak syna wychowywała. Czasem wnosi, czasem prosi, ale tego już niewiele. Powoli rezygnuje z mówienia, z prośby, bo nieporozumienia jeszcze większe, bo kłótnie, bo zięć się nawet już odzywać przestał...
♦  Targuje się często Kościół o Boga, o zbawienie dla tych, którzy do niego wejdą, nieraz nawet przesiadują, bo cieplej. Przypomina im o Mszy, dogania do spowiedzi, nawołuje do poprawy życia. A skutek jest nieraz odwrotny: denerwują się ludziska. Jakby tu nie o nich chodziło, nie o ich szczęście, nie o ich zbawienie. Jakby w tym przysparzaniu sobie roboty księża mieli swój własny interes. I nieraz to wygląda tak, jakby chory pyskował i denerwował się na lekarza, że ten chce go uzdrowić. Ale i ksiądz też człowiek, i może się zmęczyć tym ustawicznym dopingowaniem, ale i jemu może zabraknąć słów, i on nieraz zrezygnuje z bezsensownego targu i podpisze tę kartkę do ślubu, da rozgrzeszenie przy pogrzebie, choć sam wie, że to są tylko półśrodki, że to niczego nie zmieni, jeżeli ktoś tego sam nie będzie chciał.

Moi Drodzy - moglibyśmy tak biadolić do późnego wieczora. Ale cóż byśmy wskórali? Zdaje się, że nic innego, jak tylko Piłatowe zmęczenie i zniechęcenie, które ogarnęłoby i was i mnie. Dlatego już czas, abyśmy się rozejrzeli w poszukiwaniu czegoś, co pozwoliłoby nam przetrwać, uchronić, bodaj opóźnić, wymienienie na Barabasza Boga, który w nas jest. Brońmy się przed tym nie tylko Piłatowym umyciem rąk i retorycznymi pytaniami typu: Cóż to jest Prawda, czy Gdzież jest Prawda? Bo i dla Piłata były to ostateczne bezsilności, ale zapytajmy, co w tym targowaniu się o Boga i o Jego sprawy, mogłoby nam pomóc.    Dla Piłata w tym targowaniu się o Chrystusa sprzymierzeńcami niewątpliwie byli:
♦  żona, która przyszła z prośbą i ostrzeżeniem, aby zbyt lekkomyślnie nie traktował całego procesu;
♦ po drugie: Piłat miał wrodzone, czy też nabyte przez lata studiów, jako takie poczucie sprawiedliwości. Widać to na kartach Ewangelii na tyle, aby uchwycić, że skazując na śmierć Chrystusa, działał wbrew sobie, wbrew temu wszystkiemu, co dyktował mu rozsądek i wbrew temu, czego sam chciał;
♦ i jeszcze: Piłat umiał popatrzeć z dystansu na wszystkie oskarżenia kierowane przeciwko Jezusowi dlatego, że miał poczucie własnej godności jako namiestnika, reperezentanta władzy Cezara. I tego argumentu użył jako pierwszego atutu, bo wiedział, że Żydzi tylko z tą jego godnością się liczyli i jej się obawiali, dlatego po wydaniu wyroku przywiedli do niego Chrystusa. Czytając ewangeliczny zapis procesu Chrystusa można zauważyć jak ci sprzymierzeńcy Piłata po kolei składają broń. Nie mniej jednak były to te sprawy, które nakazywały jemu, rzymianinowi, poświęcić tyle uwagi jakiemuś Żydowi, człowiekowi imieniem Jezus, którego ani dobrze znał, ani rozumiał. I to one skłaniały go do wysiłku, aby ratować Chrystusa od śmierci.

Stąd my też, zanim powiemy komuś, że go Pan Bóg skarze, umiejmy posługiwać się argumentami, które odnajdziemy w sobie i które odkryjemy w zaistniałych sytuacjach, dzięki wrodzonej inteligencji. Zauważmy także, że w chwili osaczeń i zabawy w podchody w pracy i w bloku, może jedynymi ludźmi, którzy naprawdę zechcą nam pomóc, będą nasi najbliżsi: może żona, która wysłucha, może stara matka, która upomni i umocni w trudnych momentach, może ksiądz, który zażąda.

Ale to może nieraz być wszystko, co może nam pomóc z zewnątrz. Resztę trzeba odszukać w sobie: w swoim poczuciu sprawiedliwości, które nam powie co jest słuszne, co się godzi, a co robiąc zrobisz tylko na żądanie innych, wbrew sobie i swoim odczuciom. Rzecz w tym, aby nie zagłuszać, nie zagadywać, nie znieczulać swojego sumienia gadkami, że to nic takiego, że wszyscy tak robią. Słuchaj swojego sumienia. Słuchaj go na modlitwie, na przystanku, w autobusie, słuchaj po drodze do kościoła i na Kopiec Kościuszki. Pozwól mu mówić w sobie. Z nim ustalaj co jest słuszne, co sprawiedliwe, bo to głos Boży w tobie.

A potem: miej poczucie własnej godności. Najpierw jako człowieka, stworzenia Bożego, które nie jest niewolnikiem nikogo i niczego, a potem jako chrześcijanina, ucznia Chrystusa, partnera Bożego. Zwróćmy uwagę, że Ewangelia bardzo chce nas uzbroić na wszelka ewentualność życia właśnie w to poczucie godności chrześcijańskiej: Wy jesteście solą ziemi, wy jesteście światłością świata - przypomina nam Chrystus. A św. Paweł, który przed niczym i nikim się nie ugiął, z radością wołał: Zaiste, bogami jesteśmy!, kiedy sobie uświadomił, że od chwili chrztu płynie w nim życie Boże. To samo życie, ta sama „boża krew”, co w Chrystusie. Zaiste „synami Bożymi” jesteśmy, bo Chrystus jest Synem Bożym. Dlatego przed sobą i przed innymi nie zapominajmy o tym najmocniejszym argumencie w targowaniu się o Boga i Jego sprawy. I w trudnościach, i w kłopotach, i w osaczeniach spieszmy poprzez swoją godność „brata Chrystusowego”, „siostry Chrystusa”, do Niego samego z wołaniem: pomóż! Pomóż nam w targowaniu się o sprawiedliwość, o prawdę, o piękno, o Boga samego w nas. I prośmy, aby świadomość, że On jest z nami pozwoliła nam przezwyciężać wszelką małość, naszą własną i cudzą.   Amen.

"Kazania Pasyjne" - wstęp