Sections

WincentyWiki:Kazania Pasyjne - II. Annasz - Kajfasz

II. ANNASZ - KAJFASZ : Bóg na ławie oskarżonych


„Stoi przed sędzią Pan wszego stworzenia,
Cichy Baranek, z wielkiego wzgardzenia
Dla białej szaty, którą jest odziany,
Głupim nazwany”.


Tymi przepięknymi staropolskimi słowami opiewaliśmy przed chwilą istotę tragedii Boga w Człowieku, Jezusie Chrystusie, która dokonała się przed 2000-mi lat i która trwa nadal: oto Bóg, Stwórca człowieka i Pan całego wszechświata, znalazł się na ławie oskarżonych, a człowiek, Jego stworzenie, mianował się Jego sędzią. Dokonuje się proces odsądzania Boga od czci i wiary. Kiedy czytamy Ewangelię znajdujemy tam nie tylko opis sądu Chrystusa przed Annaszem, Kajfaszem i Piłatem, ale napotykamy również na wielokrotne wzmianki o tym, że Żydzi już dużo wcześniej Go osądzili i postanowili zabić.

Dlaczego?

Bo od dawna Chrystus nie dorastał do ich wyobrażenia o Mesjaszu, którego długo oczekiwali, który był zapowiadany przez proroków, który miał przyjść z wielką mocą i majestatem i wyzwolić ich z niewoli, uczynić narodem nad narodami. Od dawna Chrystus nie spełniał tych ich tęsknot, pragnień i nadziei. A w dodatku porządnych ludzi nazywał rodem jaszczurczym, mówił im, że ich serca to groby pobielane o pięknych fasadach, a wewnątrz pełnych robactwa, całował gnijących trędowatych, odważył się rozmawiać z pospolitymi cudzoziemcami, jadał z notorycznymi grzesznikami i mówił, że prostytutki będą w raju pierwsze przed nimi, upodobał sobie w biedakach, wszarzach, kalekach, źle wypełniał przepisy religijne, twierdził, że jest panem szabatu i nie szanował dnia Pańskiego, lecząc wtedy ludzi, chciał zburzyć nawet świątynię, przybytek Najwyższego, tłumaczył Prawo nie będąc rabinem i 1000-ce nakazów, które w mądrości swojej ustalali przez wieki ojcowie, chciał sprowadzić do jednego: do miłości.

Więc to się musiało tak skończyć... A w dodatku, zapytany urzędowo i pod przysięgą przez najwyższego kapłana, o to kim jest, jawnie wobec całego zgromadzenia starszych Izraela, jawnie i wyraźnie zbluźnił, utożamiając się z Synem Najwyższego, przychodzącym w obłokach niebieskich... A bluźnierca powinien umrzeć...

Na podstawie nie tylko opisów sądu u Annasza, Kajfasza i Piłata, ale na podstawie lektury całego Pisma świętego, daje się bez obawy pomyłki stwierdzić, że głównym powodem narastającego konfliktu, odrzucenia i wysłania na krzyż Chrystusa przez swoich rodaków był pogłębiający się coraz bardziej rozdźwięk pomiędzy ich sposobem pojmowania Boga i Jego działania w świecie, a tym, co Chrystus na temat Boga sobą reprezentował i objawiał. Bóg Najświętszy, Najdoskonalszy, Adonaj, którego Imienia nie godziło się nawet wymawiać, a rozmawiając z Nim należało zasłaniać twarz i padać plackiem, Ten Wszechpotężny Jahwe, nie mógł być zarazem Emmanuelem, Bogiem z ludźmi, Jezusem, którego można było dotykać, opluć i wyzywać, i który sam schylał się ku ludzkiej nędzy.

Moi drodzy - na tle takiego rozumowania nie trudno nam pojąć na czym polega dzisiejsze zamykanie się człowieka na Boga, Jego osądzanie i uśmiercanie w sobie i świecie: Bóg jest daleki, niezmiernie daleki i wielki Nieznajomy. Szukanie z Nim kontaktu i bliższej zażyłości nawet poprzez pośrednictwo Osoby Jezusa Chrystusa jest wręcz nietaktem. Właściwie to On jest jakąś mądrą i potężną Istotą pozaświatową, która stworzyła świat, i której uznawanie dobrze człowiekowi robi. Bo można się do Niego odwołać w momentach uroczystych naszego życia, takich jak ślub, urodziny dziecka, pogrzeb i coroczne święta. Bo można u Niego szukać ratunku w sytuacjach trudnych, takich jak choroba, cierpienie, egzamin, takie czy inne zagrożenie. Ale i wtedy tak napewno nie za bardzo wiadomo, czy On człowiekowi pomaga. Jest przecież tak daleko, tak bardzo daleko... W każdym bądź razie dobrze człowiekowi robi odwoływanie się do Niego w takich wyjątkowych, szczególnych okolicznościach. A normalnie, na codzień, to Pana Boga nie ma. Więc żyjmy, układajmy sobie życie tak własne, jak i społeczne, tak, jakby Boga w ogóle nie było...

Jeżeli zaś jest, to jest wyłącznie samym Rozumem, Rozumem odwiecznie poznającym... A taki Bóg nikomu z ludzi nie jest dzisiaj potrzebny i niepotrzebna jest nam Jego interwencja, bo sami, bez Jego podpowiedzi, potrafimy lepiej urządzić ten świat i siebie w nim, bez chorób, bez kataklizmówi bez wojen, bez tego niezawinionego cierpienia, posługując się samą nauką i techniką... Żyjemy więc na początku 3000-cia w świecie wielkiej iluzji i ucieczki od rzeczywistości w świat pozorów. Ludzie naprawdę postawili się na miejscu Boga i zaczęli czuć się jak bogowie: nieomylni, bezgrzeszni, nieśmiertelni i szczęśliwi. Nieomylni, bo mało ich obchodzi prawda, a tych, których ona obchodzi ekskomunikuje się spośród siebie jako fundamentalistów i fanatyków. Bezgrzeszni - bo nauczyliśmy się dopatrywać przyczyn zła wyłącznie poza sobą: w niesprawiedliwych strukturach społecznych, niewłaściwych prawach i innych niedobrych ludziach (nawet kosmitach). Nieśmiertelni, bo nawet samego faktu śmierci potrafimy nie przyjmować do wiadomości, uciekając w świat technik eutanazyjnych i inżynierii genetycznej. Szczęśliwi, bo nasz cel ostateczny, który miał być w Bogu, umieściliśmy po pierwsze w życiowym sukcesie, po drugie w zaspakajaniu możliwie wszystkich naszych potrzeb, również takich, nad którymi mieliśmy panować, i po trzykroć szczęśliwi, bo „realizujemy siebie”, nawet wtedy, jeśli to jest w poprzek prawu moralnemu.

Moi drodzy - dopóki żyjemy w tak zafałszowanym świecie pozorów i iluzji, Bóg i Jego odwieczne prawa będą nam zbędne, dopóty Bóg będzie nam niewygodny i dotąd stale będziemy Go osądzać i skazywać na unicestwienie, na nie branie pod uwagę, na śmierć. - Jacek Salij, dominikanin, w książce zatytułowanej „Nasze czasy są o.k.” udawadnia, że kończące się drugie tysiąclecie nie jest wcale lepsze, ani gorsze pod względem traktowania Boga od ludzi żyjących w innych czasach. Bo na każdym etapie rozwoju ludzkości, człowiek począwszy od Raju stale miał ciągoty, aby być jak Bóg, aby jak Bóg móc decydować o tym, co jest dobre, a co złe, i stale podejrzewał, czy Bóg jest mu bezinteresownie życzliwy, i dlatego stale stawiał Go przed swoim trybunałem jako głównego oskarżonego o wszystkie niewydarzenia własne i całego świata. Nasze czasy nie są pod tym względem żadnym ewenementem. Dlatego jeśli nie chcemy swoją własną osobą zasilać sędziowskiego gremium osądzającego Boga, powinniśmy usunąć z siebie wszystko, co zamyka nas na Boga, znieczula i oddala do Niego, a takim jest wszelki grzech, a przede wszystkim grzech pychy, zarozumiałości i samowystarczalności, bo to głównie on nie pozwala nam w zupełności zawierzyć Bogu i dostrzec Go w kolejach naszego życia i w wydarzeniach, w których uczestniczymy.

Szczególny rodzaj pychy, która uniemożliwia rozpoznanie prawdziwego Boga i odala od Niego, prowadząc do całkowitego zanegowania Jego istnienia i odrzucenia, stanowi wszelkiego rodzaju bałwochwalstwo, czyli uwielbienie, kult i oddawanie czci należnej tylko Bogu jedynemu, innym osobom i przedmiotom, ideom i rzeczom. Poprzez fascynację i absolutyzację człowiek współczesny potrafi wynieść na ołtarze swoje własne „ja” i „widzimi się”, przywódców narodu, aktora, sportowca, idola; potrafi ubóstwić takie rzeczy jak pieniądze, różne kolekcje, samochody, elektronikę, domy i technikę; potrafi zabsolutyzować także wartości jak zdrowie i życie, miłość i seks, młodość i siłę, a także przemoc, rabunek i gwałt; nieobce jest mu też oddawanie czci narodowi, partiom politycznym i różnym ideologiom. Słowem: człowiek, który osądził, odrzucił i uśmiercił w swym życiu i postępowaniu Boga, potrafi zabsolutyzować i ubóstwić dosłownie wszystko, co warto kochać, czym warto się zachwycić, czemu być wiernym, za co warto cierpieć i ponosić ofiary, aż do oddania życia włącznie - ale nie będzie to Bóg w Trójcy Jedyny, objawiony w Jezusie Chrystusie.

Zewnętrznym przejawem tego stanu rzeczy może być nawet słownictwo, jakim się posługujemy w przedstawianiu niektórych spraw. Ostatnio dość modne stało się używanie w mediach słowa: kultowy. Kultowa jest piosenka, powieść, kultowy film, kultowy może być jakiś zespół muzyczny, autor, idol. Słysząc te określenia, najpierw człowiek myśli, że się przesłyszał, ale nie. Powtórzone kilkakrotnie przez szacownych panów Raczków i Kałużyńskich oraz innych recenzentów i krytyków słowo kultowy, wskazuje wyraźnie, że temu oto autorowi, temu tekstowi, piosence, całe grono fanów i sympatyków oddaje cześć równą boskiej, i dla takiego traktowania tego utworu lub idola dało by się nawet posiekać, albo ciebie zamordować, jeżeli nie podzielasz jego opinii.

Moi Drodzy - jeśli już osądziliśmy Boga za wszystkie kataklizmy, trzęsienia ziemi i powodzie, za niesprawiedliwość, wojnę w Wietnamie i obozy koncentracyjne, za głodne dzieci w Libanie, za urodzonych z mongolizmem i za narkomanów, za umierających przedwcześnie na raka i ginących w wypadkach samochodowych - jeśli już zakwestionowaliśmy dokładnie Jego dobroć i wszechmoc, i jeśli nasza niewiara co do jego bezinteresownej miłości ku nam i naszego szczęścia sięgnęła już dna zwątpienia - zostawmy oskarżonemu Chrystusowi jako ludzie humanitarni czas na „ostatnie słowo”. Wiemy przecież, że nawet w najbardziej sfingowanym, zafałszowanym i niesprawiedliwym procesie - a znamy takie, chociażby z okresu komunizmu, kiedy to urządzano pokazowe procesy ludziom, którzy już na długo przedtem zanim zapadł wyrok zostali osądzeni i skazani, a do rzędu takich należał niewątpliwie proces Chrystusa - otóż nawet w takich parodiach sądu, łaskawie zostawiano skazanemu czas na „ostatnie słowo”. I posłuchajmy, co w tej ostatniej minucie Chrystus ma na swoją obronę w sprawach, o które Go oskarżamy i osądzamy. Zdobądźmy się na ten akt łaski dla Niego i posłuchajmy Go na modlitwie, na czytaniu Pisma świętego, na Mszy, na Gorzkich Żalach, podczas spowiedzi świętej, odmawiania Różańca, zwykłego wejścia do kościoła i chwilę zadumy. Nie tyle wtedy mówmy, przedstawiajmy, narzekajmy i wyrzekajmy, ile wyciszmy się na tyle, aby Go usłyszeć. Miłość Boża względem człowieka jest bowiem pełna delikatności, toteż nie da się usłyszeć jej głosu w hałasie ani w zabieganiu. Gdybyśmy się więcej wsłuchiwali w to, co odbieramy jako Boże milczenie, nieraz by się okazało, że to nie Bóg milczy, ale to my znaleźliśmy się w jakimś zgiełku, który utrudnia nam, a nieraz wręcz uniemożliwia usłyszenie Go i zaproszenie do siebie.

Posłuchajmy więc tego „ostatniego słowa” Chrystusa w ciszy swojego serca i sumienia, doszukujmy się go podczas mądrej rozmowy z bliźnimi, odgadujmy go we wszystkich wydarzeniach, w których uczestniczymy, tych, które nagle na nas spadają, i tych, które sączą się kropla po kropli. Okażmy tę łaskę Odwiecznemu Oskarżonemu, który z miłości ku nam cierpliwie znosi wszelkie posądzenia i potwarze, znieważania i oplucia, popychania i wyśmiania, łącznie z domaganiem się Jego śmierci. Amen

"Kazania Pasyjne" - wstęp